
|
Zima UNTS
bno 10,5km
12. lutego 2012
Zagórze
|

Treningowych zawodów ciąg dalszy. Mając nadzieję na mniejsze straty sprzętowe niż w sobotę, postanowiliśmy pobiegać w Zagórzu. Aby nie zanudzić się na trasie organizatorzy zafundowali nam szereg
utrudnień w postaci niepełnych map - bez dróg, na samych warstwicach, korytarz, a czasami prawie bez niczego. Trasa ok. 10,5 km zajęła mi 2h:9min. Tomkowi próba rewanżu nie powodła się. Na 25 PK
nie zaliczył siedmiu ;P. Za tydzień cała drużyna walczyć będzie na roztoczu.
Bartek Grabowski
Nowodworskie ZZK
BNO 5,1 km
11. lutego 2012
Nowy Dwór Mazowiecki
Po zawodach doszedłem do wniosku że nawigacyjnie muszę się troszeczkę poprawić. Trasa miała liczyć 5 km, na gps nabiegałem
ponad 10 km (nie wiem czy to jest wytłumaczenie że jak byłem na trasie organizatorzy zaczęli już zdejmować punkty a ja twardo dalej ich szukałem w lesie). A zaczęło się tak dobrze po 4 PK
dogoniłem Bartka i zniwelowałem ponad 5 minutowy odstęp, do 9 PK szliśmy równo a potem zaczęła się MAKABRA. Skala mapy 1:5000 a ja punkt nr 11 atakując z dobrego miejsca przestrzeliłem o
ponad 200 metrów i uporczywie szukałem (na mapie daję to ok 4 cm). Dalej jakoś szło raz lepiej raz gorzej aż do momentu aż zacząłem szukać punktów których już nie było. Jak się
zorientowałem, co nie nastąpiło wcale tak szybko wróciłem na metę której już też nie było i dalej do bazy. Bartek pomimo tego że ukończył cała trasę i zdecydowanie mnie pokonał nie
zaliczy zawodów do udanych. W lesie zgubił GPS. Więc jeżeli ktoś w lesie Dębinki znajdzie GPS prosimy o kontakt. Podsumowywując zawody bardzo fajne. Dobra jednostka treningowa. Pierwszy
raz miałem przyjemność biegać z chipem Sport Ident. I tak jak ostatnio, skończę relację sentencją, że następnym razem może być tylko lepiej.
A tutaj slad z GPS
Tomasz Grabowski
XVI ZIMA NA PRADZE 2012
BNO 4 km
28. stycznia 2012
Warszawa Park Skaryszewski
Zawody traktowałem treningowo i ukończyłem na 7 miejscu na 17 startujących. Czas 30 minut i strata aż 7 minut do zwycięzcy (Marcina Krasuskiego) to nie jest mój najlepszy wynik w karierze. W czasie biegu miałem duże problemy z nawigacją, wiele punktów przestrzeliłem zamiast 4 km nabiegałem ponad 5 km. Zawody jak zwykle pod względem organizacyjnym bardzo udane. A już w najbliższy weekend bezpośrednia rywalizacja pomiędzy mną a Bartkiem w Nowym Dworze Mazowieckim (BNO dystans Średni). Ostatnio podczas MTBO Bartek okazał się lepszy, mam nadzieje że tym razem będzie inaczej.
A tutaj slad z GPS
Tomek Grabowski
Zimowe Biegi Górskie
Bieg 3,333 km
21. stycznia 2012
Warszawa Falenica
Do Ełku nie pojechałem w ostatniej chwili z przyczyn nazwijmy to "technicznych".
Nie wytrzymałem jednak zupełnie bez biegania i wystartowałem w Falenicy.
Tym razem spróbowałem sił na jednym kółku. Byłem wg wyników czwarty z czasem 14:27. Wydawało mi się, że pobiegłem szybciej, ale może mi się tak tylko wydawało.
Na wynikach trzeci zawodnik ma taki sam czas jak ja, a na metę wbiegałem sam. Ale nie ma to znaczenia. Liniówki nie są dla mnie. Ja jestem człowiek krzaków. Teraz szykujemy się na Skorpiona,
gdzie wszystko wskazuje na to, że konkurencja będzie silna
Bartek Grabowski
Ełcka Zmarzlina
Pieszy Maraton na Orientację - trasa 50 km
20-21. stycznia 2012
Ełk
Do Ełku chyba w ogóle nie powinnam była jechać- zero przygotowań przed startem; niedzielny kurs "orientacja w terenie z kompasem dla początkujących" organizowany
przez Bartka skończył się dwoma zgubieniami i znudzeniem po ok. 2 godz. lekkiego marszu. Jakby tego było mało w środę okazało się, że nie jedzie moja niedoszła towarzyszka niedoli- Magda a w
czwartek zrezygnował Bartek- człowiek, który miał mnie znaleźć w ciemnym lesie, gdy będę biegać w panice dookoła drzewa. Bo tego, że się zgubię byłam pewna. Gdybym tylko pomyślała rozsądnie nie
powinnam była jechać. Ale nie po to zamieniałam dyżur, nie po to kupiłam legendarnie obrzydliwe żele czy wkładki do butów_ Tym razem więc nie posłuchałam głosu rozsądku i pojechałam. Teraz myślę,
że faktycznie niewiele byłoby mnie w stanie odwieźć od tego pomysłu, choć na pewno sama bym jednak nie pojechała.
Do Ełku na całe szczęście jechał Leszek. Żartował nawet, że mam szansę na podium.
Ha ha ha! Moim podium było dojście do mety, choćby na kolanach.
Przed wyjazdem zjedliśmy porządny obiad (sos pieczarkowy odbijał mi się całą noc), potem "szybka" ścieżka przez stolice do Ełku
( płyta Ani Dąbrowskiej starczyła od Śródmieścia do Marek) i krótko przed 19 zarejestrowaliśmy się w biurze EZ. Pogoda na całe szczęście dopisała- lekki mrozek, śnieg na trasie, bez opadów.
Jak dla mnie amatora świetne warunki- za szybko nie zamarznę a jak się zgubię mam iść po śladach o ile prowadzą tylko w jedną stronę.
Mapy dostaliśmy w autobusie i w pierwszej chwili trochę mnie zatkało, nie potrafiłam opracować planu marszu- biała plama z napisem zakaz wstępu- miny lekko mnie zmroził.
Z pomocą Leszka okazało
się, że na mapie są jednak też tory czy leśne drogi. I najważniejsze, że żaden z punktów kontrolnych nie był zatytułowany granica kultur, choć dąb na skraju drugiej polany po wschodniej stronie
wzniesienia nie brzmiał zachęcająco.
Ale jak się powiedziało A to trzeba i B.
O 20:30 ruszyliśmy. Leszek przed wyjazdem podpowiedział, żebym trzymała się Sabiny to na pewno dojdę i to w niezłym czasie. Musiałabym się chyba do niej
łańcuchem przypiąć, bo zarówno Sabinę jak i Leszka wraz z wypowiedzeniem przez organizatora słowa START zgubiłam z pola widzenia. Zostałam z mapą sama, choć tak naprawdę z kilkudziesięcioma innymi,
którzy woleli iść niż biec.
Do pierwszego punktu szliśmy momentami gęsiego i pod dębem utworzyła się kolejka. Pierwszy perforator i oczywiście telefon do znajomych. Niektórych mocno dziwiła moja
radość, ale po krótkich wyjaśnieniach wszystko stawało się jasne- pierwszy samodzielny start musi budzić takie emocje. Potem dość szybko PK2 i już byłam w drodze na PK3.
 I tu był pierwszy moment zawahania- wszyscy odbijali na zachód polem a ja postanowiłam iść torami i wynikało, że będę szła sama. Myśli - a co jeśli się zgubię; czemu inni tędy nie idą,
kotłowały się w mojej głowie. Bogu dzięki za technikę i telefony komórkowe! Okazało się też, że Bartek w domu przy komputerze to nawet lepsze rozwiązanie niż na trasie. Najważniejszy przekaz
z rozmowy- kieruj się na północ tam są tory. Zresztą nie po raz ostatni kierowanie się na północ kompasem się opłacało. Oczywiście osławione tory znalazłam a samotna wędrówka dała mi poczucie
pewności siebie, co potem się przydało, bo gdy szybko podbiłam PK3, na PK4 wybrałam drogę przez las, żeby trochę zaoszczędzić. I tym razem nie martwiłam się, że inni idą drogą na górze.
Przejście okazało się nawigacyjnie dość łatwe (jak zresztą cała trasa) ale za to bardzo emocjonujące- widziałam ślady dzików. Szłam zatem dość żwawo a
adrenaliny wystarczyło także na PK5.
Na przecince tuż za mostkiem spotkałam grupę chłopaków, którzy zniechęceni podmokłym terenem chcieli zrezygnować i zawrócić. Ja ambitnie się zawzięłam i poszukałam miejsca, żeby suchą nogą
kierując się na północ wyjść na drogę i dalej na PK6. Czułam się dobrze, co najważniejsze nadal nie byłam senna, nic mnie nie bolało i zaczynałam wierzyć, że dojdę przez limitem. Po cichu
wierzyłam, że może nawet przed 8 rano. Moje plany musiałam jednak zmienić, bo PK7 sprawił mi największy problem- siedzisko myśliwego przy dużym drzewie wyobrażałam sobie inaczej i zamiast
ułożonego chrustu szukałam ambony na polu. I pewnie tutaj, spędziłabym dużo więcej czasu a nie znalazłszy może nawet zrezygnowała, ale na szczęście koledzy, których wyprzedzałam wcześniej
na trasie mi pomogli. Na PK8 częściowo szliśmy razem wyprzedzając się co chwila- raz oni, raz ja, aż w końcu gdy się rozwidniło postanowiłam iść zdecydowanie szybciej, by dojść przed 9-tą
(to był mój nowy cel). Ale nie omieszkałam się chłopakom odwdzięczyć wskazując drogę na PK8.
Gdy już myślałam, że teraz będzie już tylko prosto do mety, na drodze wyrosły bagna i mała rzeczka.
Kilka minut spędziłam szukając suchego przejścia- mimo, że miałam przemoknięte buty nie uśmiechało mi się brodzenie w zimnej rzece. Nie jestem Więckiem czy Grabowskim :P
Jakieś 2 km przed metą dopadł mnie kryzys- zaczęłam odczuwać trudy marszu, bolały mnie nogi, mokre skarpetki ciążyły w butach i nawet energetyczny żel nie pomógł. Nota bene brzoskwiniowy jest
faktycznie okropny. Siłą rozpędu szłam jednak dalej, choć zdecydowanie wolniej, drobiąc kroki. Zaczynało mnie to męczyć, trasa się dłużyła. W końcu znajomi koledzy mnie doszli i na PK9 przyszliśmy
razem_ o 8:50. A więc cel osiągnięty!!
Radość na mecie nie do opisania, duma mnie wprost rozpierała. Do tej pory gęba mi się uśmiecha na to wspomnienie. Człowiek naprawdę nie wie ile może,
dopóki sam siebie nie sprawdzi w
ekstremalnych warunkach. I wtedy okazuje się jak sam siebie niedoceniał; że to co wydawało mu się niemożliwe i nieosiągalne staje się realne. Polecam każdemu taki rodzaj sportów ekstremalnych.
Ps. Czas mojego przejścia 12godzin 20minut; w sumie pokonałam 54,5km. Jak na pierwszy start nie jest źle.
Ania Szymańska
W oficjalnych wynikach Ania jednak stanęła na podium, zajęła 3 miejsce z czasem 12h:20min
Leszek zajął ostatecznie 6 miejsce - czas 7h:20min A na zdjęciu Leszek, jak Ania znajdziesz jakieś swoje to wkleję ;P
Orient 2012
bno
14. stycznia 2012
Warszawa Anin
Co można pomieszać na bno? Można pomylić drogę. Można przestrzelić punkt, można nie wytrzymać tempa. Lub, tak jak ja, wziąć nie swoją mapę, a na dodatek nie zrozumieć regulaminu.
O tym że mam nie swoją mapę zorientowałem pod koniec trasy - coś za krótkie to bno się wydawało. Na mecie doweidziałem się też, że odcinek klasyka można było pokonać w dowolnym momencie, a
nie kręcić się w kółko tak jak ja - cóż, ale przynajmniej sobie pobiegałem. Zostałem sklasyfikowany na drugim miejscu wśród kategorii M-55 ;P. Leszek, też nie zrozumiawszy regulaminu
(ale na właściwej mapie) zajął 21 miejsce.
Bartek Grabowski
Zimowe Trenigi OKS
Scorelauf czasowy
8. stycznia 2012
Otwock Meran
Ciekawe zawody. Upewniające mnie o przewadze bno nad wczorajszą liniówką. W czasie 60 minut nie udało mi się zdobyć 3 punktów (na własne życzenie zresztą).
Ostatecznie zająłem 4 miejsce na 19 zawodników w kat 60 minut.
Bartek Grabowski
Zimowe Biegi Górskie + Fallino 2012
Bieg 10km + bno
7. stycznia 2012
Warszawa Falenica
Trenigowe bieganie w Falenicy nie zakończyło się szczęśliwie dla Tomka. Naciągniety mięsień brzuchaty łydki wyrzucił go jak się miało okazać nie tylko z tego biegu.
Leszek ukończył bieg na 10 km z czasem 49min:40sek. Ja wycofałem się pomagając Tomkowi zejść z trasy.
Po liniówce krótkie sprinterskie bno. Obaj z Leszkiem przestrzeliliśmy po 2 punkty. Skończyłem na 3 (19:40), a Leszek na 4 miejscu (20:37)
Bartek Grabowski
Podsumowanie roku 2011
Nadchodzi koniec roku 2011. Wszędzie podsumowania i wspomnienia tego, co w nim miało miejsce. Zobaczmy zatem jaki był to rok dla naszego zespołu.
Zapraszam na resume.
Styczeń
Sezon zaczęliśmy z Tomkiem w Ełku. Miało być super, a wyszło jak zwykle. Pomimo dobrego początku Ełcką Zmarzlinę zakończyliśmy na 5. miejscu.
Z zawodów pozostanie na pewno w pamięci brodzenie po kolana w lodowatej wodzie oraz częste oglądanie nieba z pozycji horyzontalnej.

Luty
Kolejny zimowy miesiąc to 4. miejsce w bno Zima na Pradze w Parku Skaryszewskim oraz kolejny nieudany strat w PMnO. Tym razem nie sprostałem trasie
Skorpiona - zagubienie w wąwozie i nowe buty przyczyniły się do zejścia z trasy i moralnego kaca. Leszek skończył zawody na 20 miejscu.

Marzec
Na początku 2. Miejsce w małych zawodach bno w Falenicy.
I tu następuje pewien przełom. Rajd Dolnego Sanu okazuje się być dla nas bardzo udany. Wszyscy trzej plasujemy się w pierwszej szóstce
zajmując 2., 4., i 6. miejsce. Bardzo szybka trasa daje każdemu z nas rekord życiowy na 50 km.

Kwiecień
Kwiecień to czas występów Oli. Rajd miejski w Katowicach z mnóstwem nietypowych zadań specjalnych ukończyliśmy w duecie na 13. miejscu.
Ale prawdziwe wyzwanie nastąpiło w połowie miesiąca - wraz z Olą, Magdą i Anią ukończyliśmy 1/2 Harpagana, czyli przeszliśmy 50km.
Jak zachwycone były dzieczyny nad ranem opisywać nie trzeba - widać na zdjęciu
W międzyczasie zaliczyłem tradycyjny występ w Maratonie Rowerowym Blisko Otwocka gdzie zająłem 17. miejsce.

Maj
Miesiąc w którym odbywają się dwie imprezy, których "odpuścić nie sposób". Mowa tu o Navigatoria AR i DyMnO. Do Sopotu jechaliśmy celem obrony
drugiego miejsca z zeszłego roku. Tym razem obsada była silniejsza - skończyliśmy tuż za podium. Na trasie spędziliśmy 23 godziny, a ostatni etap kajaków morskich
wyzwolił w nas dużą dawkę adrenaliny. Z ciekawszych momentów przypomina mi się jeszcze śpiący Tomek na górce na bno, gdy ja poszukiwałem bezskutecznie jednego z punktów kontrolnych:P.
Dymno jest zawsze super. Nie inaczej było i tym razem w Sadownym. Brązowy medal w kat rajdu przygodowego dał nam mnóstwo satysfakcji.
Jak zwykle nie obyło się bez pływania wpław na etapie kajakowym.
Passa sukcesów podtrzymana została na zawodach Jura Skałka Adventure, gdzie wraz z Tomkiem wygraliśmy kategorię Speed (40km biegu + zadania specjalne)
W pozostały wolny weekend wraz z najmłodszymi zawodnikami Stryków - Byków, Jasiem, Mają i Natalką zwyciężyliśmy w kategorii rodzinnej w zawodach
w podwarszawskich Markach.

Czerwiec
Na początku, w świętojański weekend, Leszek zajmuje 2 miejsce w zawodach 10xsolo, aby dzień póżniej wygrać zawody Ino Świetojańskie.
Ja i Ola plasujemy się tuż za nim na drugiej pozycji.
Żeby jednak nie było tak różowo i wesoło, nadchodzi BikeOrient. Kolejny kac moralny stał się faktem. Po połowie doby walki wycofujemy się z Tomkiem
z dalszej rywalizacji rajdu przygodowego bo... kto to wie dlaczego, słaba głowa i tyle.

Lipiec
Pierwszy miesiąc wakacji zaczęliśmy od wizyty w Więcborku. Gdyby nie słynny Michał J., który wszystko "popsuł" bo przyjechał ;), wygrałbym zawody.
Tak pozostało cieszyć się "tylko" z drugiego miejsca. Leszek skończył wyścig na miejscu 7.
Kolejny przystanek - Pobiedziska - Wielkopolska Szybka Setka - Po raz trzeci w tym sezonie super początek, a koniec taki sobie.
Leszek poradził sobie lepiej zajmując 7. miejsce. Mnie pozostała 12. pozycja i zadowolenie z faktu, że nie umarłem z pragnienia na środku pola w smażącym słońcu
(a było blisko).

Sierpień
Wyjeżdżamy z Leszkiem na obóz trenigowy w Pieniny i Bieszczady. Biegamy po górach, śmigamy na rowerkach po serpentynach, pływamy kanoe po Dunajcu, kajakiem po Solinie,
wspinamy się w parku linowym. Aha, oczywiście jesteśmy tam z rodzinkami na urlopie. Dzieciaki i Dziewczyny spisują się bardzo dzielnie, gdy nierzadko muszą uczestniczyć w naszych treningach.
Tomek stratuje w 50-siątce Nawigator w Mińsku Mazowieckim zajmując dobrą 6-tą pozycję.

Wrzesień
Naładowani wakacjami jedziemy z Tomkiem do Iwkowej. Obsada Ekstremalnego Rajdu Orła nie jest duża. Kilka zespołów startujących, więc kończymy
zawody na drugiej pozycji. Warty odnotowania jest fakt startu w nowym kasku - "speedbike" zakupionym naprędce w Kauflandzie w Busku - Zdroju tuż przed zamknięciem sklepu.
Poniżej Tomek "medytujący" nad swoimi skurczami na etapie rowerowym.
Zaczynam przeliczanie punktów PMnO - hmm... jak mi się wszytsko uda, temu i temu się nie uda, to może wskoczę na podium.
Te rozważania sprawiają, że jadę na drugi koniec Polski do Cieszyna na Jesienne Trudy. Kilka błędów w nawigacji, łażenia po bagnach i ląduję...
na trzecim miejscu??? Czasem ma się farta ;).

Październik
Zaczynamy od Wejherowa - Jesienny Tułacz to jak zwykle mnóstwo nawigacji (to na plus)i wyniki po tygodniu, które jak zwykle zaskakują
(niekoniecznie na plus). Noc spędzona w ciemnym, nadmorskim lesie wraz z Adamem Olbrysiem daje mi ostatecznie 4. miejsce. Po raz kolejny też, wykorzystuję limit w
całości padając na linii mety 20 sekund przed jego końcem - to się nazywa timing. Leszek kończy na 12 miejscu. Na trasie TP30 walczy Magda z rodziną. Noc pełna przygód
i zwrotów akcji kończy się miejscem w środku stawki (39).
Miała wystratować także moja Ola, ale dostała lekarskie zwolnienie ze względu na "małe pasożyciątko" które zalęgło się w jej brzuchu.
Tydzień później jedziemy tradycyjnie na MTBO - tym razem do Łucznicy. Razem z Tomkiem zajmujemy dobre 11. Miejsce. Leszek kończy rywalizację na
61. pozycji.
Z nienacka pojawiają się nowe-stare zawody w kalendarzu AR - Lenie w Terenie. Ciekawe zawody, ciekawy rezultat (moje drugie i piąte Leszka miejsce)
oraz arcyciekawa historia z kluczykiem od samochodu - na szczęście z happy endem.

Listopad
Jesień w pełni, a my rodzinnie jedziemy na Spisz - goszczą nas Łapsze Niżne. Czy można się cieszyć z 13 miejsca?
Na pewno, jeśli jest taka konkurencja. Bardzo mocna obsada orientalistów i biegaczy górskich pokazała nam zarówno jak duży postęp wykonaliśmy oraz jak dużo nam
jeszcze do najmocniejszych brakuje.
Tydzień wcześniej Leszek zajmuje 3. Miejsce w I Nocnych Manewrach SKPB w Celestynowie
Tydzień później próbujemy swoich sił w typowych zawodach w MTBO w Wesołej k/Warszawy. Dwudniowe zawody kończę w łącznej klasyfikacji z brązowym medalem.
Koniec miesiąca to wyjazd na Kaszuby do Brodnicy. Startujemy z Tomkiem w Funex Orient AR. Treningi nie poszły na marne, była siła, była
(z małymi wyjątkami) nawigacja. Skończyło się na 2.gim miejscu w kat MM i 4.tym w Open. Po raz pierwszy do końca trasy mijaliśmy się, bądź wspólnie napieraliśmy z
czołówką polskiego AR-u.

Grudzień
Ostatnie zawody w tym roku to klasyka - Nocna Masakra. Koniec sezonu zakończony pełnym sukcesem - razem z Tomkiem wygrywamy trasę 50 km,
pływamy w grudniu w rzece w ubraniach a ja zdobywam podium w klasyfikacji generalnej.

Jaki był ten rok? Oceńcie sami, ale według mnie był to najlepszy rok naszej drużyny w całej jej historii.
Zrobiliśmy ogromny postęp zarówno w nawigacji jak i szybkości i wytrzymałości. Dało to odpowiednie przełożenie w zajmowanych miejscach.
Zwiedziliśmy mnóstwo nowych i starych miejsc w całej Polsce.
Wciągnęlismy w rajdowanie całe nasze rodziny.
Czego sobie życzyć na nadchodzący rok? Chyba podtrzymania tej passy i zacięcia w trenigach, a mnie spełnienia kolejnego rajdowego celu... ale na razie
o tym pssst.
Na koniec składam wielkie podziękowania dla moich dziewczynek - Oli i Mai, które wytrwale towarzyszą mi w moich rajdowych podróżach, kibicują,
czasem startują, a na koniec jeszcze czytają moje relacje.

Dziękuje Tomkowi, Leszkowi, Magdzie, Ani za wspólne przygody na trasach. Dziękuję też wszystkim kibicom, zawodnikom z którymi rywalizowałem i organizatorom za rok pełen wrażeń.
Bartek Grabowski
Nocna Masakra
Pieszy Maraton na Orientację - trasa 50 km
17-18. grudnia 2011
Dębno
To już koniec. Sezon zakończony. I to jak!
Na początku roku postawiłem sobie jako priorytet rajdy przygodowe. I rzeczywiście, jeśli tylko taka możliwość była - w nich startowałem.
Starty w pięćdziesiątkach miał być niejako na dokładkę, bez zważania na Puchar, a wyłącznie ukierunkowany na pojedyncze wyścigi.
W połowie sezonu okazało się jednak, że i tu coś mogę powalczyć. Wyliczyłem co gdzie i kiedy muszę wykonać.
Tak oto jadąc na Nocną Masakrę wiedziałem co należy:
1. Zdobyć co najmniej 31 pkt
2. Stracić nie więcej niż 4 pkt do Irka Kociołka i Marcina Hippnera.
Co to dawało? Otóż brązowy medal w Pucharze Polski.
Gdzie będzie w tym roku Masakra? Dębno. Sprawdzam... Boże... GoogleMaps pokazuje... 550km. Dobrze, że w większości autostradą.
Na zawody jadę z Tomkiem i z Jankiem Lenczowskim. Tak jakoś wyszło, że przez Niemcy...
Na miejscu warunki jak w hotelu. Mała salka, ciepło, cicho, materace, prysznice z ciepłą wodą.
Sobota to czas oczekiwania na start. Co zjeść, kiedy, ile. W co się ubrać , ile wziąć płynów itd... itd.
No to zbliża się 16.00 - Tłum ruszył. Jedni na północ, drudzy na południe. Sprawdzam tylko gdzie pobiegł Irek z Jankiem.
Na południe, więc dobrze, inaczej niż my.
Ruszamy rześko. Biegniemy przez łąki i pola. Biegniemy w liczbie mnogiej, bo oczywiście pokonujemy z Tomkiem trasę razem. Razem z nami biegnie Piotrek Dopierała.
Będziemy we trójkę aż do... ale o tym za chwilę.
PK5 to ogrodzenie i oczywiście pierwsze szukanko. Kilka minut i okazuje się, że to jednak nie ten płot.
Czeka nas teraz długi przelot na PK2, droga prosta tylko w moim brzuchu cos się gotuje.... tylko nie to, nie teraz... (wracają wspomnienia z EZ i WSS).
Mija nas dwóch szybkobiegaczy. Mija, a raczej wyprzedza jak Mercedes Poloneza.... oj będzie chyba ciężko. "Gruby świerk nad kanałem" wskakuje bez trudu.
Droga na PK8 też wydaje się dość łatwa. Po drodze oddaję Tomkowi na chwilę plecak. Tracimy minutkę, ale polepsza się moje zdrowie ;). Biegniemy trójką torami,
a właściwie tym co po nich zostało. Śmiejemy się wyprzedzając rowerzystów. Chwila dezorientacji, ale po chwili odnajdujemy się na mapie, idziemy dokładnie
ścieżkami i wchodzimy dokładnie na punkt... chciałoby się rzec... ale nie, lampionu nie ma. Jest górka na bagnach, ale co z tego. Punktu nie widać. Namierzamy się
kilkakrotnie w pięciu (od drugiej strony przybyli szybkobiegacze - Wojtek Stolarczyk i Adam Zych). W końcu chłopaki krzyczą - Jest! W mordę, tylko jaka górka???
Troszkę czasu się zeszło. Jak ma się później okazać nie tylko nam.
- Skoczymy nad rzeczkę do zachodu, duża nie może być, najwyżej zmoczymy buty - proponuję
- Pewnie, nie będziemy obiegać przecież - Tomek potwierdza
Teraz na południe. Znów we trójkę kręcimy labiryntem ścieżek. Wyskakujemy na szosę potem brzegiem pola chcemy dostać się nad tą wąską rzeczkę. Jak ona się nazywa. Myśla?
Niewielkie bagienka, co tam. O, jest i rzeczka.
- Kurde...
- Hmmm...
- I co teraz?
- Może jakiś mostek, kładka będzie?
- Najpierw namierzymy punkt...
Miny nam trochę zrzedły. Docieramy nad odpowiednie zakole. Punktu co prawda nie widać, ale wiemy, że musi być "gdzieś tu",
tzn. po drugiej stronie. Co gorsza nie ma żadnej kładki. Dobra, wiem że gdzieś opodal była, słyszałem po wyścigu... My jej nie widzieliśmy
Zdejmujemy plecaki, wkładamy komórki i gps-a do folii...
- Co robimy? - pyta Piotrek
Tomek nie pozostawia wątpliwości...
- Przygotowujemy się do przeprawy...
Do połowy rzeczki przeszliśmy po pniu mocząc się delikatnie. Kijem sprawdzam głębokość w połowie rzeki.
Jakieś 1.70m - w sam raz... Ja pierwszy - siup, żabka w ruch. Kilka ruchów i jestem na drugim brzegu. Jest mi gorąco, ale to chyba z wrażenia.
Zaczynam szukać punktu. Słyszę "chlup" i za chwilę Tomek jest obok mnie. Wyżymamy się i czekamy na trzecie chlup, które jednak nie następuje.
Od tej pory jesteśmy we dwójkę. Jest nam dziwnie ciepło, mokro, ale ciepło, nie szczękamy zębami, nie trzęsiemy się, tylko... nie możemy znaleźć punktu. Nie!
Tylko nie to! Takie poświęcenie i nie ma lampionu... Robimy małe kółko i namierzamy się od pola - jest! (po śladzie widzimy że już wcześniej byliśmy obok).
Na szczęście nie wieje. Ciężko się biegnie na mokro, jednak chociaż nawigacja wychodzi całkiem, całkiem. Jesteśmy już w pobliżu PK3.
Mijamy wracających z punkt szybkobiegaczy oraz pędzących w drugą stronę Janka i Irka. Buuuuu... Niedobrze... Z mapy wynika, że połowy to my jeszcze nie mamy.
Na liczniku 26km.
Widząc przeciwników doznajemy - cytując Leszka - efektu spłoszonego jelenia. Gnamy do przodu nie wiadomo dokąd i dlaczego.
Wybiegamy za daleko, cofamy się. Jest grobla, jest skarpa, jest punkt.
Zostało jeszcze 5 miejsc do odwiedzenia. Na PK6 namierzamy się celnie od południa (podobno Daniel mówił że od północy jest grobla,
ale nam gdzieś to umknęło).
Za nami wpadają... szybkobiegacze??? Chyba troszkę słabną - odbiegając od punktu słyszymy od jednego z chłopaków - "co On ze mną dziś zrobi..."
Długa prosta na asfalt, gdzie mijamy solidną grupę piechurów. Odnajdujemy właściwą przecinkę i wio! Omijamy bagienko i docieramy do
jakiejś wody.
- Czy my nie jesteśmy za daleko? To nie jest czasem ten następny zbiornik?
- Aaa, źle zmierzyłem milimetry na mapie - zły jestem na siebie.
Wracamy na bagienko i ponownie czesanko po kostki w wodzie (nie wiem jak Janek znalazł ten punkt suchą stopą). Grunt, że jest punkt.
Wołamy chłopaków - szybkobiegaczy i jesteśmy kwita za PK 8 ;).
Chwila zastanowienia nad kolejnością, chwila wahań. Lecimy na jedynkę. Dłuższy przelot męczy nas, słabniemy, chwilami przechodzimy do
marszu, ale tylko chwilami.
Tomek przestaje mówić...
- Tomek, jak tam forma?
- Daj spokój, nie czaję już...
Na punkt wchodzimy bezproblemowo. Za to zakręciliśmy się troszkę wychodząc z niego. Na szczęście tylko troszkę. Na PK7 - brzeg jeziora
wiedzie długa prosta. Tomek zaczyna ponownie mówić, wraca do żywych...
- Bartek, zobacz, tu jest ścieżka na skos - Tomek pokazuje na mapie
- Jest, tylko, że niebieska, chyba nią nie będziemy szli ;P
Biegniemy po kwadracie od południa. Punkt na miejscu. Ostatnie przeloty wydają się łatwe i chyba takie są. Musimy biec, bo w czasie wolniejszego
poruszania się trudniej utrzymać odpowiednią temperaturę _ ubranie jest cały czas całkiem mokre po pływaniu.
- Myślisz, że Janek jest już na mecie? - pytam
- Nie wiem, ale czuję, że mamy szansę na trzecie miejsce.
Po drodze w lesie mijamy gościa palącego papierosa obok motocykla... co on tu robi? Nie pytamy. Wpadamy w okolicę punktu i szukamy,
jakoś tak po omacku.
Tym razem szczęście nam sprzyja. Więc już tylko powrót. Licznik dawno przekroczył 50km. Zwiększamy tempo, już nic nas nie powstrzyma.
A dokąd? A dokąd? Do mety! Na wprost!
Po drodze, przecince, po torze, przez most,
Przez bagna, przez rzekę, przez pola, przez las
I spieszą się, spieszą, by zdążyć na czas...
- Zobacz, jakaś czołówka z boku chyba wybiega
- To chyba nie czołówka
- Szybko, biegniemy... Tomek obejrzyj się, goni nas (sam nie mogę bo jak się odwrócę to oślepia mnie Tomka światło, a zwolnić nie chcę)
- Nie ma nikogo, nikt za nami nie biegnie.

Widać pierwsze zabudowania Dębna. Odbiegamy od torów. Widać szkołę (prawie ją ominęliśmy). Przez szybę w bazie widać organizatorów i uśmiechnięta twarz Janka...
nie to nie On... to Piotrek, który z nami bieg na początku. Na liczniku 61km.
- Co tak długo? - pyta Daniel.
- Mówiłeś, że osiem godzin będą mieli zwycięzcy więc na tyle pobiegliśmy.
- No to wygraliście!
- Jak to?! Nie ma Janka?! Irka?
Udało się!!! Pełen sukces. Wygraliśmy pierwszą pięćdziesiątkę. Wywalczyłem podium w Pucharze. Mission Complete!
Potem szybki ciepły prysznic i mogliśmy delektować się jak następni zawodnicy wchodzą na metę. Żeby powiększyć jeszcze sukces na zakończeniu wylosowałem
bon na zakupy na 100PLN w sklepie biegowym NBR.
Do domu wracaliśmy z tarczą, w aucie pełnym medalistów.
Bartek Grabowski
Funex Orient
Rajd Przygodowy
25-27. listopada 2011
Brodnica
Bardzo udany występ zakończony drugą pozycją w kat MM tylko 3 minuty za Teamem 360o
VI Ogólnopolskie Zakończenie Sezonu w RJnO
Rowerowa jazda na orientację
19-20. listopada 2011
Warszawa Wesoła
4-te miejsce pierwszego dnia i 5-te drugiego pozwoliło mi zdobyc brązowy medal w klasyfikacji łącznej.
W drugim dniu startował Tomek - 6-te miejsce i Leszek - 9-te miejsce
GEZnO
Biegowe Zawody na Orientację
12-13. listopada 2011
Łapsze Niżne
2-gie miejsce - Bartek i Tomek
5-te miejsce - Leszek
Maraton Terenowy Blisko Otwocka 2011
Rowerowy Maraton na na Orientację - 100km
8. października 2011
Łucznica
11-te miejsce ex-aequo- Bartek i Tomek
61-sze miejsce - Leszek
Jesienny Tułacz
Pieszy Maraton na na Orientację - 50km
1-2. października 2011
Wejherowo
TP 50:
4-te miejsce - Bartek
12-te miejsce - Leszek
TP 30:
39-te miejsce - Magda z drużyną
Jesienne Trudy
Pieszy Maraton na na Orientację - 50km
23-25. września 2011
Cieszyno
Bartek - 3 miejsce
Ekstremalny Rajd Orła
rajd przygodowy
10-11. września 2011
Iwkowa
2-gie miejsce w kat. open
Nawigator VI
Pieszy Maraton na na Orientację - 50km
6. sierpnia 2011
Mińsk Mazowiecki
6-te miejsce Tomka w kat M-50km. Reszta ekipy na urlopie :)
Wielkopolska Szybka Setka
Pieszy Maraton na na Orientację - 50km
16. lipca 2011
Pobiedziska
Nie lubię rajdów które: mają długie asfaltowe przebiegi, są łatwe nawigacyjnie, liczą niewiele punktów a kolejność ich zaliczania jest obowiązkowa. Mojego upodobania nie zmienia fakt, że wyniki osiągane w tych „nielubianych” są znacznie lepsze niż w startach trudniejszych nawigacyjnie (nadal szlag mnie trafia jak przypominam sobie jaki idiotyzm zrobiłem na Dymnie na 2 odcinku BnO). Po prostu lubię nawigować (w tym roku uczucie nieodwzajemnione) i zawsze mam nadzieję, że rywale pójdą w buraki.
Tegoroczna WSS spełniała wszelkie kryteria „nielubialności”, ale była dla mnie bardzo ciekawa dzięki orgii wyprzedzeń. I tak:
- Irek Kociołek wyprzedzał mnie 5 razy, wobec moich 4,
- Bartek Grabowski 2:2,
- Stanisław Olbryś 3:2
Co najmniej raz wyprzedziłem na trasie wszystkich zawodników (dziwnym zbiegiem okoliczności nawet Michała Jędroszkowiaka). Jedynym wyjątkiem był Janek Lenczowski, którego tylko dogoniłem na 2. i po 4. punkcie.
A co do meritum relacji to zacząłem bieg bardzo powoli. Pierwsze dwa punkty, zdobyte w grupie. Po wbiegnięciu na asfalt w Promnie, widziałem gdzieś na horyzoncie Bartka Grabowskiego i J. Lenczowskiego. Ustawiłem się na końcu stawki biegaczy (ok. 20 miejsca) i dreptałem spokojnie po asfalcie. Przed trójką zaskoczył mnie M. Jędroszkowiak, który nadbiegł z tyłu i równie szybko zniknął z przodu. Po trójce pobiegłem na bagna, na których spotkałem grupę rywali (z 10 chłopa) deliberujących nad rozlewiskiem. Uprzejmie poprosiłem, aby w razie nieoczekiwanych problemów raczyli wyciągnąć mnie z bagna i wskoczyłem do wody. Nie było tak źle - zapadłem się tylko po piersi. Nagrodą był 4. punkt stojący tuż nad brzegiem. Odchodząc z niego zapadłem się jeszcze kilka razy po pas, ale wyszedłem z lasu niespodziewanie na 3. miejscu. Do piątego punktu pozycję utrzymałem, ale dzięki zagadującej pani, dogonili mnie Irek i Bartek. Piątki szukaliśmy trochę zbyt długo i już byliśmy w większej grupie.
Potem zacząłem niechlujnie nawigować i traciłem przez to wszystko, co zyskiwałem w biegu (stąd tyle wyprzedzeń). Na punkt 6. dotarłem z dwoma nieznanymi mi biegaczami na 4 pozycji. Na pkt. 7. postanowiłem przebijać się wprost na wschód i nawet znalazłem stosowną ścieżkę. Nie było źle, wyszedłem na właściwą przesiekę, ale straciłem ze 200 metrów (tyle przed sobą widziałem rywala z którym byłem na 6.) Siódemka wydawała się bardzo łatwa (trudno ominąć rzekę), ale chyba właśnie dlatego przegapiłem właściwy moment zejścia z drogi i pobiegłem za daleko na płd-wsch. Przez to nadrobiłem z 500 metrów i straciłem 5 pozycji (byłem za M. Kłosowiczem i S. Kaczmarkiem). Aby ich minąć wybrałem wariant przy żwirowni wzdłuż lasu (za mną biegł Marcin Hippner). Przed pkt. 8 dogoniliśmy kolejny raz Irka Kociołka i wtedy dopadł mnie kryzys motywacyjny. Nic mnie nie bolało, sił trochę jeszcze miałem, ale byłem strasznie zniechęcony (myślałem, że przez błąd na 7. wyprzedził mnie Bartek G., który wcześniej był przed Irkiem). Zaatakowałem jeszcze raz przed pkt. 9, ale wyrzuciłem się za bardzo na północ i odpuściłem sobie ściganie. Ustaliliśmy, że do mety biegniemy wspólnie we trzech i spróbujemy złamać czas 6:30. Pewnie to by się udało, ale 200 metrów przed metą Marcina złapał skurcz, a ja zostałem chwilę przy nim.
Rajd oceniam jako udany, organizacja bardzo dobra. Oprócz możliwości ścigania, podobało mi się jeszcze ciekawe ustawienie punktów, które umożliwiało wariantowanie odejść.
Leszek Maliszewski
Azymut Orient
Pieszy Maratona na Orientację - 50km
2-3. lipca 2011
Więcbork
Miejsc 2-gie i 7-me
Najbliższe wystepy:
22. lutego 2012
Warszawa Nocą
bno
Warszawa, Agrykola
Runda 4 - Oblężenie Sejmu
Bartek Grabowski
Tomek Grabowski
25. lutego 2012
Nowodworskie ZZK
bno
Legionowo
sztafety
Tomek Grabowski
Leszek Maliszewski
Bartek Grabowski
18. Marca 2012
Rajd Dolnego Sanu
maraton pieszy na orientację
Gorzyce
Trasa 50km
Tomek Grabowski
Leszek Maliszewski
|
projekt i wykonanie strony Bartłomiej Grabowski prowadzenie strony:
Bartłomiej Grabowski, Tomek Grabowski |
| |