STRYKI - BYKI
Adventure Team
Zawodnicy
2008-2010
Występy 2011
Kontakt: e-mail
Księga Gości
DyMnO
rajd przygodowy i pieszy maraton na orientację
19-20. maja 2012
Stare Bosewo
    DyMnO, DyMnO i po DyMnO!

    DyMnO to rajd, który obrósł prawdziwą legendą. Chociażby dlatego warto pojechać. W pakiecie jest wymagająca nawigacja, duża ilość punktów, urozmaicony teren. Jest więc tak naprawdę wszystko to, co tygryski, tfu byki, lubią najbardziej (po raz pierwszy startowałam pod egidą Stryków- Byków). Warunki na miejscu rewelacyjne- klimatyzowana sala gimnastyczna, prysznice z ciepłą wodą. Wypas! Zajęliśmy miejsce z _szafą_-ławką i poszliśmy się zarejestrować; podając swoje dane usłyszałam: a ja różnię się tylko o pierwsze ZUS- przed imieniem (Zuzanna Szymańska siedziała po drugiej stronie biureczka), Magda zareagowała bardzo poprawnie - ależ nasza drużyna to Stryki Byki a nie ZUS? Potem czekając na odprawę Magda zaczęła czytać komunikat techniczny i doszła do informacji o posiłku - zupa pomidorowa, ziemniaki, kotlet z piersi kurczaka, buraczki i kompot!! W ciężkich chwilach ten kotlet z piersi kurczaka był zachętą, żeby iść dalej.

     Na odprawie technicznej nadszedł pierwszy moment zawahania- okazało się, że w sumie dostaniemy aż 4 mapy. Tego się nie spodziewałam, nie rozumiałam, czemu aż tyle, poza tym zastanawiałam się jak je złożyć w jedną... Tak naprawdę wcale nie było takiej potrzeby, no może raz gdy potrzebowałam określić, gdzie na mapie jest północ. Drugi lęk wzbudziło we mnie zadanie specjalne na ortofotomapie (przed startem czytałam w Google co to w ogóle jest, oglądałam przykłady), poza tym tam właśnie były zlokalizowane punkty stowarzyszone, czyli fałszywki. To też była dla mnie nowość. Na całe szczęście humor dość szybko poprawił mi Tomek, który nie zabrał kompasu, karimaty, szczoteczki, pasty do zębów, ręcznika i pewnie jeszcze kilku rzeczy.... Ale za to miał baaardzo dużo koszulek termicznych, który zastępowały niektóre z zapomnianych rzeczy?

     Ze spaniem jak zwykle miałam problem- najpierw było za gorąco, potem za twardo a nad ranem obudziły mnie komary. Zaczęło też padać. Najpierw śniadanie, potem kilka wariantów ubraniowych, bo jak tu przewidzieć nieprzewidywalne, i szybko po mapę. Potem znów na salę, żeby chociaż ustalić dojście na PK1, Magda włączyła endomondo, żeby tym razem zapisać nasz track. Gdy wyszłyśmy okazało się, że już wszyscy wybiegli. Raźno, biegiem ruszyłyśmy za oddalającym się tłumem.

    Dwa pierwsze punkty podbiłyśmy bez historii, proste, choć w butach było już nieco mokro. Na trójce zrobiłyśmy niewielkie kółeczko (przez moje gapiostwo). Czwórka dla wielu stanowiła problem, nam autorskim szlakiem udało się ominąć bagno (jak stwierdził Bartek na tracku wyglądało jak byśmy chciały sforsować rzekę); idąc na azymut przez jagodniaki widziałam niepewną minę Magdy, dobrze, że rzadko się odwracałam, bo tak naprawdę nie do końca potrafiłam odnaleźć się na mapie. Ale adrenalina robi swoje- nie pozwala długo się zastanawiać, nie ma też miejsca na strach, liczą się szybkie decyzje. Przecinka jednak się znalazła, choć jak się okazało znów nie ta i znów byłyśmy gdzieś przy bagnie. Nic to, w końcu jakoś wspólnie z resztą poszukujących i zagubionych znaleźliśmy czwórkę. W drodze na piątkę Magda wykazała się trzeźwością umysłu i nie pozwoliła mi wpakować nas na rzekę (nadal nie rozumiem dlaczego właśnie tam chciałam iść).

     Piątkę zdobywamy w kilka osób- na mapie rzeka w rzeczywistość bagno. Potem przekonujemy chłopaków, żeby iść przez rzekę, bo krócej; koronny argument- oj najwyżej się... no właśnie i tak byliśmy mokrzy! Jak się okazało znów nie udało nam się wykapać w rzece- był mostek? W drodze na szóstkę znów na azymut. I na siódemkę też, bo po co nadrabiać drogami. W butach więc ciągle chlupotało. Czułam, że błędnie wytypowałam skarpetki i będę cierpieć po rajdzie, ale na razie szłyśmy na siódemkę. Z wariantu na ósemkę i dziewiątkę jestem nad wyraz dumna- weszły gładko, mimo, ze wokół mnóstwo dróżek równoległych i kilka osób dało się nabrać. Ale w końcu nas uczył nawigacji nie byle kto- nie dałyśmy się nabrać na tanie tricki ?

     Za to o tym jak szłyśmy na zadanie specjalne wolałabym zapomnieć- kręciłyśmy się strasznie i to co wcześniej nadrobiłyśmy nad innymi dobrą nawigacją i truchtaniem (Magda szumnie opowiadała o rywalizacji) poszło... W końcu wszyscy spotkaliśmy się na zadaniu specjalnym. Terenem ZS były pola irygacyjne. Na zdjęciu satelitarnym-to właśnie wspomniana wcześniej ortofotomapa, miałyśmy do znalezienia 5 PK. Dla utrudnienia dostawiono także punkty stowarzyszone. Tutaj okazało się, że nie wszyscy przeczytali komunikat techniczny, nie uczestniczyli w odprawie. Jeden z zespołów nie wiedział nic o pkt stowarzyszonych i chciał podbijać pierwszy znaleziony lampion. Za podbicie fałszywki organizator przewidywał karę 10min. Mina na ich twarzach bezcenna, potem już byli ostrożniejsi. Zadanie w sumie okazało się proste i odświeżające umysł, ale teren nierówny i wybitnie podmokły, chodzenie nad wyraz męczące. Cieszyłam się, że wrócę na utwardzaną drogę- nie wiedziałam, że na tak krótko. Dziesiątka weszła bez historii.

     Pozostał punkt 11 i droga przez mękę- znów na azymut przez bagna, bo trzeba zdążyć w limicie czasu inaczej grozi dyskwalifikacja. Tutaj w końcu Magda spełniła swoje skryte marzenie- wreszcie mogła się zmoczyć- miałyśmy do pokonania rów melioracyjny i nijak go było przeskoczyć, trzeba było tylko ustalić orientacyjny poziom zanurzenia. Pomógł wyższy piechur- woda po kolana, nie ma co się zastanawiać. Chlup, chlup i już po drugiej stronie, a stopy przez chwilę zmrożone i tak nie bolały. Potem było jeszcze kilka rowów po drodze, ale do żadnego już nie musiałyśmy wejść. Gdy w końcu doszłyśmy do asfaltowej drogi byłyśmy naprawdę zmęczone, znużone i zastanawiałyśmy się czy nie odpuścić jedenastki, żeby spokojnie iść do bazy. Leszek telefonicznie uświadomił nam, że absolutnie nam się to nie opłaca, bo punkt jest blisko, należy skręcić w drogę tuż za linią energetyczną. Gadając z nim przegapiłyśmy skręt... znów małe kółeczko a świeżości w nogach brak. Nie wiem skąd udało nam się wykrzesać energię, znów rozmawiałyśmy o rywalizacji... Tuż przed jedenastką spotkałyśmy Leszka, który wyszedł nam naprzeciw i chwała mu za to!! Razem nawet dość sprawnie, nie narzekając, szliśmy do bazy. Ostanie 100metrów z Magdą przebiegłyśmy. Zameldowałyśmy się po 12godzinach i 7 minutach.

     Kolejny rajd a my z tarczą. Tym razem tarcza większa i zdobiona, bo rajd trudniejszy, najtrudniejszy z dotychczasowych. Ale też najciekawszy, urozmaicony. Warto wrócić za rok.

     Ogromne podziękowania należą się organizatorom, Magdzie, Leszkowi, Kubie ( tak często jak on nikt nas nie wyprzedzał) i dobrym duchom z Hallera.

Ania Szymańska    



    Bałem się tego startu. W ubiegłym roku po dwóch koszmarnych błędach byłem tu ledwie 14-ty, a tegoroczne starty nie napawały optymizmem. Na Ełckiej Zmarzlinie i RDS, z powodu problemów zdrowotnych nie byłem w stanie biec drugiej połowy dystansów i walczyłem jedynie o dotarcie do mety, zaś na Skorpionie, wykazałem się wielką samodzielnością i głupotą uznając, że prowadząca tuż przedemną piątka przestrzeliła punkt. Dodatkowo dwa tygodnie przed startem złapałem kontuzję i maksymalnie ograniczyłem treningi. Wygasiłem więc ambicję i liczyłem na wiedzę dr Grabowskiego, wspartą dobrą nawigacją i błędami szybszych rywali.

    Na start trochę się spóźniłem, więc czołówkę miałem okazję oglądać dopiero na mecie. Wybrałem od razu samotny wariant na PK1, a że ścieżki meandrowały, więc trochę nadrobiłem. Potem punkty i przebiegi wchodziły i wychodziły optymalnie. Na piaskowej drodze między PK4 a PK5 policzyłem ślady - były ich ok. 10. Za chwilę, na skrzyżowaniu przesiek, przeprawiałem się przez piękne bobrze rozlewisko(z ciepłą wodą). PK6 na szczęście atakowałem od dołu. Punkt 7, był za łatwy, więc podbiłem go po zrobieniu kółeczka (z mapy wynikało, że powinien być po mojej prawej stronie więc tylko tam patrzyłem). Tuż przed PK9, zobaczyłem wreszcie jakiegoś rywala (poprzedniego wydziałem na PK4), którym okazał się Edward Fudro z kolegą. Puścili mnie przodem, więc postanowiłem słuszną przewagę na Zadaniu Specjalnym wypracować. Oceniłem je jako banalnie proste. Idealnie wypracowałem punk ataku i już po chwili wiedziałem, że zrobiłem co najmniej 1 błąd. Nie było na co czekać, trzeba było uciekać. A że dr Grabowski wie za co kasę bierze i problemy z poprzednich rajdów się nie objawiły, więc zrobiłem to nader chyżo i tak aż do mety.

    Czas biegu 6:10, był przyzwoity, kara 10 minutowa (jedyna w pierwszej 40-tce) nie okazała się dotkliwa, gdyż wypracowałem 40 minutową przewagę nad Edwardem. Szóste miejsce w kategorii OPEN i 3 w kat. M-20, było lepsze niż zakładałem. Zadowolony byłem tym bardziej, że DyMnO jest dla mnie imprezą sezonu, wzorcową pod względem organizacyjnym i ustawienia trasy. Szkoda tylko, że nie było etapu BnO, ale 6 samotnych godzin w pięknych lasach z nawiązką mi to wyrównały.

    Moja Magda, startująca z Anią Szymańską poradziła sobie również bardzo dobrze. Ukończyły całą trasę (bez żadnych kar) i zajęły 14 miejsce w kat. K-20 z czasem 12:07.

Leszek Maliszewski    



Na trasie E Tomek i Darek zajęli trzecie miejsce.



OrtInO 4
MnO
9. maja 2012
Warszawa - Wierzbno

    W duecie z Mają wybraliśmy się na podboje Parku Arkadia w Warszawie, gdzie organizowana była czwarta edycja OrtInO - marszy na orientację na ortofotomapie.



Modelka musi zachować klasę nawet na zawodach





Krzaki nam nie straszne :)





Podbijanie karty startowej - ulubione zajęcie młodego byczka





Park Arkadia





Gdzieś w krzaczorach...





Przedzieranie się przez krzaki - kolejne ulubione zajęcie naszego byczka





Na mecie


    Zajęliśmy 4-te miejsce na 20 drużyn. Zaliczyliśmy jeden Punkt Oszukany (czyt. stowarzyszony) i jeden zły opis. Dzięki sprintowi na finiszu zmieściliśmy się na styk w limicie czasu.


Bartek Grabowski    




Mistrzostwa Warszawy i Mazowsza w RJnO
Runda III
28-29. kwietnia 2012
Warszawa - Międzylesie i Bemowo

    Gdy na dworze upał najlepiej skryć się przed nim w lesie. A jak w lesie, to np. na rowerze. A jak na rowerze, to może zawody na orientację?

    Sobotni wyścig rundy III Mistrzostw Warszawy i Mazowsza w RJnO odbył się w pobliskim Międzylesiu. Teren, po którym wielokrotnie biegałem i jeździłem ponownie parokrotnie mnie "zaskoczył". Koniec, końców jednak, zająłem 3 miejsce.

    Mój wynik to jednak nic w porównaniu z występem Tomka. Przyjechał kilka minut przed startem i nie zdąłył nawet założyć kasku. W ostatniej chwili stwierdził również, że ma za mało powietrza w oponach, więc w blokach startowych dało się słyszeć przejmujące wołanie: "Czy ktoś może pożyczyć pompkę?" - a zaraz potem "Jak zrobić, żeby powietrze nie leciało przez tą pompkę bokiem?". W końcu jednak wystartował. I powiem więcej! Nawet dojechał do mety, zdobywając wszystkie punkty! Na finiszu, gdy wjeżdżał, dało się słyszeć okrzyki zachwytu: Brawo! Jest! Orzeł nawigacji! Champion! ... Ktoś powie, że 50 minut po zwycięzcy na 20 kilometrowej trasie, że jechał od niego dwa razy dłużej - nie słuchajcie ich, to zazdrośni konkurenci!


Kibice byli obecni :)


Mina Asa na mecie - bezcenne!!!

    W niedzielę As się nie pojawił. Z potwierdzonych źródeł wiem, że zbyt długo świętował przy grillu sobotnie sukcesy. Startowałem więc sam. Na początek sprint. Dwa wydawałoby się małe błędy, w sprincie okazały się niewybaczalne - zająłem dopiero 5 miejsce.

    Zaraz potem dystans średni na Łosiowych Błotach (błotach nie tylko z nazwy) zakończony najlepszym wynikiem tego weekendu. Drugie miejsce, 30 sekund za Darkiem Bogumiłem, za to przed wyjadaczami rowerowej orientacji to niewątpliwy sukces. Ponadto w klasyfikacji całego weekendu wywalczyłem srebrny medal.


Na starcie niedzielnego sprintu


Tuż po starcie


Dekoracja medalowa :)

Bartek Grabowski    




Mistrzostwa Warszawy i Mazowsza w RJnO
Runda II
21-22. kwietnia 2012
Warszawa Wesoła

    Kiedy część drużyny ścigała się pieszo na Harpaganie, druga jej część śmigała na rowerach w warszawskiej Wesołej.

    Pogoda dopisała, forma i nawigacja też, więc w sobotę cieszyć się mogłem z brązowego medalu na dystatnsie średnim, tracąc tylko 14 sekund do srebra.

    W niedzielę na start namówiłem Leszka. Teren ten sam, dystans długi i moje miejsce tuż za podium. Leszek szósty.



Bartek Grabowski    


Zdjęcia autorstwa Łukasza Waśkiewicza - dziękuję

HARPAGAN 43
PMnO
21. kwietnia 2012
Czarna Woda



    To był mój pierwszy start na HARPAGANIE i pierwszy start w tak dużej imprezie. Na zawody wybrałem się z Anią, Kubą (jego debiut w PMNO) i Konradem. W bazie szybka rejestracja i poszukiwanie miejsca noclegowego, gdzie nasza czwórka mogła by wybrać się na spoczynek. Wybraliśmy wersję piętrową, która może na pierwszy rzut oka nie wygląda na komfortową, ale miała swoje plusy (góra Ania, Ja środek, Kuba dół).

    Początek zawodów odbył się o 7.30. Wczesne starty bardzo mi odpowiadają. Nie ma czasu na marudzenie. Szybka pobudka śniadanie i w drogę. Na start dotarłem dość późno, ustawiłem się w długiej kolejce i 30 sekund przed startem odebrałem swoją mapę. Muszę przyznać, że biegnąc na pierwszy punkt nie byłem się wstanie odnaleźć się na mapie. W pewnej chwili przeszedłem do marszu i to dopiero pozwoliło mi się zorientować którędy w ogóle wybiegliśmy z miasta. Jedynka wpada gładko. Znajduję się w czołowej grupie.

     Na dwójkę postanawiam ciąć na wprost drogą, która jak się potem okazało, była granicą administracyjną. Przy przejściu przez bagna zostaje sam z Piotrkiem, a za chwilę dołącza do nas Irek który 100 metrów obok próbował przebić się przez bagna, ale jak twierdzi wciągnęły go do pasa, przestraszył się i pobiegł w naszą stronę. We trójkę przechodzimy jeszcze rzekę, która na mapie wyglądała jak nasyp kolejowy i pewnie zdobywamy drugi punkt.

     W drodze na 3 Piotrek wybiera autorski wariant i zostaję sam z Irkiem. Irek świetnie odnajduje przecinkę w którą mamy skręcić i wypatruje skraju lasu. Przecinka się skończyła, las jak był tak jest. Postanawiamy ciąć na północ i wpadamy prosto na punkt(za skraj lasu Irek brał łączenie mapy kolorowej z czarno białą).

     Punkt 4 zdobywamy bez historii. Dojście do piątki to moje autorskie cięcie przez las, które okazało się sukcesem, bo wpadamy prosto na punkt (choć szczęście troszkę nam dopisało). W drodze na przedostatni punkt zaliczmy jeszcze pływanie przez rzekę (na mapie był most na rzece nie). Tutaj Irek traci swoją mapę.

     W drodze na 7 trochę się gubię. Na szczęście lub zupełnie odwrotnie spotykamy drużynę Konwalii, która kieruje nas wprost na most. Ja troszkę odlatuję, ciężko mi się skupić na mapie. Przechodzę do marszu. Irek krzyczy żebym biegł, bo Konwalie dobrze nawigują i że razem zdobędziemy ten punkt. Długo nie trzeba było mnie namawiać (takie rozwiązanie mi odpowiadało) i tak we czwórkę, razem popełniamy największą wtopę nawigacyjnym na tym rajdzie. Nadrobienie 3 km i ponad 20 minut.

    Po zdobyciu ostatniego 7 punktu pozostała już tylko droga do bazy (8 km). Chwila marszu i bieg do mety. Irek włącza muzykę, wpada w euforyczny stan i gna do przodu jak opętany. Ledwo za nim nadążam. Doganiamy dwóch naszych rywali. W czwórkę nie pobiegliśmy zbyt długo, bo jeden z przeciwników słabnie i zostajemy we trójkę. I wtedy Irek zadaje mi dziwne pytanie, czy nie oddał bym mu swojej mapy, bo on nie daje rady, a swoją utopił. Mapę oddaję, pytam się jeszcze rywala, czy nie będzie miał nic przeciwko, jak się za nim dociągnę do mety. I tak oto ostatnie kilometry do mety biegnę bez mapy.

    Trasę kończymy razem z Władkiem przybiegając na 4 miejscu z czasem 5h i 13 minut. Do zwycięzców straciłem 20 minut. Niby mało, a jednak sporo (może gdyby nie ta ostatnia pomyłka). A trasę 50 km wygrał Remik Nowak z ekipą.

Ps.Podziękowania dla Irka za świetną nawigację i przebycie dużego dystansu razem. Władysławowi za to, że dociągnął mnie do mety po tym jak oddałem swoją mapę. Ani, Kubie i Konradowi za wspólną podróż i przygodę. Wszyscy zapowiedzieli rewanż na Dymnie. A wyniki poniżej.

Nasz track - Harpagan 43

Tomek Grabowski    



Wyniki:
1.Remik Nowak 4h 53min 43 sek
4. Tomasz Grabowski 5 h 13min 07 sek
13. Konrad 6 h 29 min 13 sek
84. Anna 10 h 17 min 11 sek
85. Kuba 10 h 17 min 19 sek

Drugie zdjęcie autorstwa Pawła Piwowarskiego


    Harpagan to dla mnie sentymentalny rajd. Na nim przed rokiem po raz pierwszy zasmakowałam w maratonach na orientację, choć jakoś nie umiałam zebrać odwagi na inne starty. W tym roku zaliczyłam już dwie imprezy, w tym samotne nawigowanie w Ełku, więc obawy przed kolejną były zdecydowanie mniejsze, tym bardziej, że zgłoszonych było ponad 200 osób na trasę 50km, nie wspominając o setkowiczach czy rowerzystach, w sumie ponad 1000 osób, więc jak można to nazwać samotnym startem.

    W odróżnieniu od ubiegłorocznego Harpagana, dodano nowe trasy a start 50-tki zaplanowano na 7.30rano, czyli znów mniej adrenaliny i lepsza widoczność, choć bez klimatycznych ognisk na punktach :) Mapę, w odróżnieniu od Tomka, dostałam dość szybko- w mojej kolejce stało tylko 5 osób (plusy rejestrowania się tuż przed startem). W przeciwieństwie do startu w Ełku widząc ją wiedziałam gdzie jestem i jak mam iść, czułam się pewniej. Tylko ten ochoczo maszerujący tłum, który w Ełku dodawał spokoju, teraz denerwował. Szybko więc zdecydowałam się wybrać inny wariant trasy i na PK1 doszłam w dużo mniejszym gronie. Tutaj przeliczyłam odległości i żeby niepotrzebnie nie nabijać kilometrów, zdecydowałam się iść wprost na rzeczkę- liczyłam, że może uda się przejść suchą stopą, może po drzewach czy skarpach. Hmmm nic takiego nie znalazłam, za to spotkałam regularną grupę piechurów, zdejmujących buty i przeprawiających się w bród. Cóż- jak wszyscy to wszyscy, nie omieszkałam i ja przekroczyć rzeki w ten sposób; okazało się, że woda wcale nie jest taka zimna w kwietniu a widok ludzi, którzy bez zastanowienia zdejmują buty i wchodzą dobrowolnie do zimnej rzeki- bezcenny :)

    Na PK2 doszłam z werwą, szybko i bez problemów, tu spotkałam Kubę- kolegę Tomka, dla którego to był pierwszy start w takiej imprezie. Postanowił, że w drodze na PK3 dołączy do mnie, żeby idąc odpocząć i zebrać siły na dalszy bieg, ale jak się okazało razem szliśmy aż do mety - ja nawigowałam, on pilnował tempa... a za błędy nawigacyjne karał bieganiem. Tylko raz się pomyliłam :) Na całe szczęście też wyznawał zasadę im mniej ludzi tym lepiej i nie miał nic przeciwko, gdy wybierałam inne warianty trasy niż cała reszta.

    W miarę jak pokonywaliśmy trasę i dość gładko zdobywaliśmy punkty, nasze apetyty rosły - a może uda się przejść w czasie krótszym niż 10godzin? Niestety _most widmo_ zniszczył plan i nadzieje. Cała radość marszu zniknęła, nagle wszystko zaczęło boleć, morale zdecydowanie spadły a ja cały czas zastanawiałam się czy dobrze wybrałam, bo może powinnam była pójść inną trasą, pójść tak jak większość. Na całe szczęście Kuba nie odpuścił i dalej obyło się bez większych problemów, tym bardziej, że na PK7 stał pomarańczowy namiot widoczny z daleka a idąc do mety utworzyliśmy małą grupkę. Ale ten most cały czas siedział mi w głowie, aż do mety miałam wyrzuty sumienia i zastanawiałam się co by było gdyby. Dopiero w bazie okazało się że istniały dwa nieistniejące mosty? Gratulacje dla budowniczych za taką sprawiedliwość!

    Czas przejścia 10godzin 17minut, najlepszy w dotychczasowych występach. Rok temu było 12h:09min. Cieszy tendencja zwyżkowa, ale zdaję sobie sprawę, że wynika to ze startu za dnia oraz motywujących kar Kuby. Na razie regeneruję ciało i czekam na maj, na DyMnO.

Ania Szymańska    



Maraton Terenowy Blisko Otwocka
PP w MRnO
14. kwiatnia 2012
Otwock Śródborów

    Impreza pod nosem, na własnym podwórku, w miejscach gdzie na co dzień trenuję. Czyli jak każdej wiosny i jesieni MTBO. Tym razem po raz dziesiąty, a dla mnie czwarty.

    Ostatnio dużo trenowałem - zarówno bieganie, jak i rower. W święta się nie zapasłem. Powinno byc dobrze? Chyba tak.

    Jedziemy razem z Tomkiem, od startu do mety. Na dodatek mamy w grupie Kasię i Rafała - znajomych Tomka - mocnych uczestników maratonów mtb. Na start mam 4,5 km, więc pierwszy raz w życiu nie jedziemy samochodem! - fajne.

    Poszli!!! A właściwie pojechali!!! A właściwie wszyscy stoją pomimo komendy startu. Planowanie to ważny etap tych zawodów. My planujemy "z grubsza" - zaczynamy od 11 - póżniej góra, wschód i "się zobaczy". Zaczynamy mocnym tempem asfaltem w kierunku Michalina. Znajome ulice nie wymagaja patrzenia na mapę.

    Jedziemy do Baligrodu, brzmi fanie, ciekawe czego mamy szukać?
W Baligrodzie jesteśmy pierwsi - chyba nikt nie pojechał tak jak my.
Szukając jak najwięcej "asfaltów" jedziemy 5-4-3-6. Szukamy jaru trochę za wcześnie. Starcone minuty złoszczą.

    W drodze na PK6 odpadaja Kasia i Rafał. Tomek twierdzi, że mamy tempo na pierwszą dziesiątkę.
Mam powera...aż do 60 km, ale spokojnie, potem tylko chwilowy kryzys i power wraca.

    Szóstkę pamiętamy z Nawigatora, dawne czasy. Spotykamy K.S.A.T. Będziemy się jescze mijać nie raz - najciekawiej przed ostatnim punktem - dokąd Ty Łukasz jechałeś??? :D nie potrafiliśmy wtedy zgadnąć, zresztą nadal nie potrafimy.

    12-13-7 - wchodzi gładko bez historii. Na ósemce Tomek chce odpuścić. Dostaje krótki i treściwy opierdziel i pomykamy dalej.
Kończy się picie. Trzeba znaleźć sklep, ale go nie ma. 9-ka na okrągło, po mokradłach. Wywrotka przy prędkości 2km/h.

    Przed nami miejsce, o którym mówi się, że tam wrony zawracają - Ponurzyca. Ilekroć tam byłem, zawsze się tam gubiłem, zawsze szlaki się nie zgadzały, tzw zawsze kurcze "coś". A tym razem nic - kominek w lesie jak się patrzy - kiedyś tam musimy pogrilować. Picie by się przydało - zostały resztki. Podbiel - sklep - Lipton Ice Tea - brzoskwiniowa - jesteśmy uratowani.

    Przez bagno Całowanie nie da się przejechać - tam nie ma dróg. Na mapie coś jest??? Coś jest! hmm, fajna droga - w ogóle jest tu całkiem fajnie. To ja jechałem na bagna nad Biebrzą, a tu mam takie same pod nosem. Muszę tu wrócić z Mają. Ona "uwielbia" wciągającą glebę.

    Przez bagna wiedzie autostrada, ale tylko jedna, równolegle nie ma innej... (to taki złośliwy żart - zainteresowany wie o co chodzi :D - wreszcie Cię na rowerze pokonałem ;))

    10-tka trochę szczęśliwie, 15-ka po pas w wodzie, pozostały dwa. Ponownie bagno Całowanie - tym razem na północ od krajowej pięćdziesiątki.

    Czerwonym szlakiem biegliśmy z Leszkiem jesienią. Widzieliśmy to bagno. Zacytuję naszą rozmowę: "Jakbyśmy robili kiedyś rajd, to punkt można by tu w okolicy postawić, ciekawe czy ktoś by się skusił na skróty, hahaha". Więc jestem mądry, wiem że 1-kę trzeba brać na okrągło od wschodu. Przepraszam, chyba jestem idiotą - postanawiamy "skrócić drogę atakując od południa".

    Droga się skończyła - no cóż za niespodzianka... masakra, grząsko, mokro - do d..y jednym słowem. A tak żarło, takie tempo, miał być taki wynik. Ciągniemy się przez krzaczory złorzecząc pod nosem. Dobra, wycofujemy się na niebieski szlak, o jest punkt!!! Fart też jest potrzebny.

Limit jest bliski. Postanawiamy przyspieszyć. Zamula mi mózg i plączą mi się przecinki. Po rzeźbie terenu dochodzimy naszej pozycji i wpadamy na ostani już punkt - PK2. Teraz do limitu zostało niecałe 1/2 godziny.

    W głowie mi sie kołacze, że Dąbrowiecki Gościniec to droga wybitnie nierowerowa. I po raz kolejny znajomośc terenu się "przydaje" - jedziemy właśnie nim - fatalny pomysł - szlak konny obok jest lepszy niż "gościniec".

    15 - 10 - 5 minut, 3 miuty. Przeskakujemy przez tory - brakuje mi powietrza. Wpadamy na metę 6:59:01. Zdążyliśmy.

    Zajęliśmy szóste miejsce na prawie 200 osób. Chyba nieźle, prawda?

Nasz track - MTBO 2012

Bartek Grabowski    


Wszystkie zdjęcia ściągnięte z forum otwock.org.pl - dziękuję

Tylko dla Warszawiaków
rajd przygodowy - 70km
31. marca 2012
Warszawa

    Dobry wynik - 3cie miejsce - pomimo fatalnej nawigacji w bardzo zmiennej aurze.

Bartek Grabowski    




Zimowy Puchar Góry Kalwarii
bno - 7km
25. marca 2012
Czaplinek

    Kończy się zima i gdy dla większości sezon bno się zaczyna, dla mnie właśnie się kończy. Dlaczego? Krótkie zawody traktuję jako trening do tych dłuższych oraz do rajdów przygodowych, a tych własnie w lato jest znacznie więcej. Ostatnie zawody nie wypadły ani rewelacyjniee, ani słabo, tak po prostu.. na miarę. Żeby było co poprawiać. Wyniki wkrótce, jak tylko organizator je ogłosi.

Bartek Grabowski    




ZAW-OR
bno 10 km
24. marca 2012
Pogorzel Warszawska

    Wiosna, słoneczko, sobota, niedaleko... wystąpić "trzeba było". Wreszcie udana nawigacja poparta wynikiem. Na trasie E zająłem 4 miejsce przegrywając tylko z nalepszymi wyjadaczami bno.

Bartek Grabowski    




Powitanie Wiosny
bno 13,5 km
18. marca 2012
Warszawa Falenica

    Czy można byc zadowolnym z występu jeśli organizator podaje 13,5 km a na gpsie jest ponad 20? No własnie... sztuką jest nadrobić tyle kilometrów na bno. Mnie się udało. Ostatni punkt zdjęto zanim zdążyłem go podbić. Na pocieszenie na mojej trasie sklasyfikowano tylko dóch zawodników, reszta tak jak i ja nie zdążyła.

Bartek Grabowski    




Rajd Dolnego Sanu
PMnO
17. marca 2012
Gorzyce

"Zastanów się dwa razy zanim pojedziesz na rajd. Na zawodach można się zmęczyć, spocić, pobrudzić, poparzyć pokrzywami"

    Rajd Dolnego Sanu miał być pierwszym rajdem dziennym zarówno dla mnie jak i dla Magdy - tym razem udało się wspólnie wystartować. Każdy mówił, że lepiej startować za dnia, bo nawigacja jest łatwiejsza, bieg przyjemniejszy, można podziwiać walory przyrodnicze. Mieli rację, chociaż emocje z rajdu nocnego nieporównywalne.

    Mapę otrzymałyśmy jakieś 30 minut przed startem, więc był czas na spokojne obejrzenie, ustalenie kolejności zdobywania punktów; założyłyśmy, że pewnie skończymy jak będzie ciemno, więc wybrałyśmy opcję od PK1, żeby potem nie wałęsać się po lasach i mokradłach. I słusznie jak się okazało. Mimo nocy spędzonej w słabo ogrzewanej sali, mimo nie do końca przespanej nocy humory dopisywały. Możemy pochwalić się faktem, że dzielnie wystartowałyśmy biegnąc. I choć szybko przeszłyśmy w trucht a potem w marsz, który kontynuowałyśmy już do mety, to uśmiech towarzyszył nam do końca. No prawie do końca.

    Pogoda była idealna - niebo bez nawet jednej chmurki, temperatura odczuwalna w słońcu ok.15stopni. Ludzie wiosna!! Przy takiej pogodzie można się nawet w lesie zgubić a odciski tak nie bolą, gdy policzki muska słońce a we włosach tańczy wiatr. Ponadto organizator zapowiadał kontakt także z fauną. Co prawda zamiast jeleni czy łosi, spotkałyśmy mało dzikie indory, psy, w tym także jednego martwego osobnika, ćwierkające ptaki, latającego drapieżnika (obstawiam jastrzębia), jaszczurki, żaby i zająca, który nieźle mnie wystraszył, ale i tak było ciekawie.

    Same punkty zdobywałyśmy z różną skutecznością- raz to była nie ta rzeczka, raz nie ten brzeg potoku, zagajnik okazał się laskiem, szłyśmy nawet drogą, której nie było na mapie, co pewnie dla wytrawnych nawigatorów nie stanowiłoby problemu, w końcu mapy nie są aktualne, ale ja odczuwałam pewien dyskomfort, gdy mapa nie zgadzała się z kompasem. Mam tak od czasu szkolenia "orientacja w terenie z kompasem dla opornych cz.1" autorstwa Bartka G.

    Do sukcesów należy zaliczyć fakt, że na trasie pomimo naszego amatorstwa nie zgubiłyśmy się, nie zmoczyłyśmy nóg i butów, choć było naprawdę blisko, nawiązałyśmy trwające prawie do samego końca znajomości "typu PK"- spotykaliśmy się przy każdym punkcie kontrolnym. Ponadto widziałyśmy miasteczko, gdzie koło domu na działce właściciel zamiast samochodu osobowego miał TIRa lub nawet kilka; widziałyśmy ekskluzywny wychodek z przeszklonymi drzwiami gdzie nawet w nowobogackim Józefowie takich nie widzieli; Magda spotkała rodaka z lubelskiego, który jak się okazało chodził do tej samej podstawówki a na Rajd przyjechał z Tomkiem (o ironio jaki ten świat mały!). Można nawet powiedzieć, że sukces i I miejsce w rajdzie Paweł Klecha zawdzięcza właśnie nam. Gdyby nie spotkał nas na PK2 - my w drodze na PK4 a on na metę (to ja tak ustawiłam nam trasę i trzymałam tempo) i gdyby Magda szczodrze nie podzieliła się z nim wodą gazowaną, być może by nie wygrał. Być może by padł po drodze i słuch po nim zaginął.

    Koniec końców zaliczyłyśmy wszystkie punkty-parę przy współudziale innych amatorów perforowania i po 12godz i 42minutach nieco zmarznięte, z bolącymi stopami i odciskami doszłyśmy do mety w szkole w Gorzycach. Do nienagrzanej sali i zimnego prysznica. Do pysznego bouef strogonova i gorącej herbaty :) I to chyba nie koniec naszej przygody z bno.

PS.Po kilku dniach od rajdu, przebitych paznokciach, z niepełną piętą, psychicznie jestem gotowa na kolejną 50-tkę. Pozostaje czekać aż ciało się zregeneruje.

Ania Szymańska    




    RDS to mój 3 start. Tym razem za dnia, a pogoda zapowiadała się wyśmienicie. Na trasie powitała nas wiosna i śpiew ptaków (cudnie!). Słonko dodawało optymizmu, choć wcale go nam nie brakowało :) Nie uważam, że nocne starty są ciekawsze, bo jednak dużo kapitalnych widoków z trasy wtedy tracimy. A było na co popatrzeć...

    Mniej więcej do połowy trasy miałam "siłę" na fotki i kilka krótkich reportaży. Punkty zdobywało się dosyć fajnie za dnia, gorzej było z tymi, których szukałyśmy przy czołówkach np. obelisk, który w dzień był nie do pominięcia-nam zajął po ciemku trochę czasu.

    Na trasie miałyśmy przeprawę przez 2 zwalone drzewa w rowie z wodą, z czego przy pokonywaniu jednego adrenalinka trochę podskoczyła. Ale przyznaję, że fajne są takie "urozmaicenia" na trasie. Miałam też ochotę przeskoczyć przez kanał, który dzielił nas od PK, ale zabrakło mi odwagi... Może następnym razem :) Albo przeprawię się "metodą" Pawła Klechy :) - Gratuluję I miejsca!

    Mijałyśmy po drodze opisywane wcześniej przez Anię "miasteczko tirów" (1 tir na 1 mieszkańca-hehe) i ten ciekawy wychodek, który oczywiście uwieczniłam na fotce :)

    Na metę dotarłam, po raz trzeci, z suchymi stopami, ale niestety całymi w pęcherzach :( Do tego doszła "przyjemność" przebijania paznokcia, o której opowiadała mi wcześniej na trasie Ania. I tutaj moje podziękowania dla doktora Grabowskiego za pomoc :) Ale dzisiaj po kilku dniach włożyłam buciki na obcasie, więc można uznać, że noga wyzdrowiała :) Do tego planuję już swój udział w Harpaganie, o ile dzieci pozwolą, więc chyba jest nieźle.. Wszystkie punkty zdobyte, miejsce 10- tak jak Lesio :) Ponadto - reakcja koleżanek w pracy na dystans, który pokonałyśmy i czas marszu-bezcenne :D

pozdrawiam, Magda    









TrInO - Spacerkiem po Falenicy
Turystyczna InO - 5,5 km
16. marca 2012
Warszawa Falenica

    W piątek do Otwocka zawitała wiosna. Zbiegło sie to z wolnym dniem w pracy. To wybuchowe połączenie zaoowocowało wyprawą razem z Mają do Falenicy na spacer z mapą. Rośnie nowy nawigator.



PK 1 - Stary drewniany dom




PK 2 - I kolejny :)




PK 3 - Dawna Fabryk Trąbek




PK 5 - Przed II wojną światową była tu synagoga




PK 8 - Pomnik falenickiego getta




PK 9 - Pierwszy dworzec kolejowy w Falenicy




PK 10 - Peron Warszawa Falenica




Mapa Mai z zaznaczonymi obiektami na PK


Bartek Grabowski    



Warszawa Nocą
bno 2,1 km
22. lutego 2012
Warszawa SGGW



     Startowali Tomek i Ela. Może coś napiszą.

Tomasz Grabowski    



Zimowe Mistrzostwa Góry Kalwarii
bno - middle
11. marca 2012
Góra Kalwaria



    8 miejsce na 15 zawodników na trasie E wśród biegaczy bno nie byłoby złym rezultatem, gdyby nie kontuzja jakiej nabawiłem się 150m przed metą. Odbiegając od ostatniego PK, chcąc "przycisnąć", naciagnąłem sobie mięsień dwugłowy uda i do mety ledwo dokuśtykałem. Na trasie B startowała Ania - zajęła miejsce 17 na 19 zawodników.

Bartek Grabowski    



ZZK OK! Sport
bno 10 km
5. marca 2012
Wiązowna


    Minął dzień i znów zameldowaliśmy się w lesie na kolejnym treningu bno. Ciekawa trasa tak bardzo podobała się Tomkowi, że zabawił na niej najdłużej z całej stawki zawodników. Oficjalnych wyników nie było.

Bartek Grabowski    




Zimowe Biegi Górskie
Duathlon Biegowy

Bieg Górski 10 km + BNO 7 km
Warszawa Falenica



            Z trasą po falenickich wydmach miałem niewyrównane porachunki. W styczniowej edycji zawodów zszedłem z trasy po około 2 km z kontuzją która wyeliminowała mnie z Ełckiej Zmarzliny. Tym razem było zdecydowanie lepiej. Bieg crossowy po wydmach skończyłem razem z Bartkiem po 47min 20 s. Na biegu liniowym zgubiłem kompas (na szczęście Bartek biegł tuż za mną i to zauważył), przewróciłem Się, zgubiłem drogę (szacuję że straciłem około minuty). Ogólnie to nic ciekawego góra dół góra dół i tak w kółko. Od razu po biegu dostałem mapę do BNO i w las. Bieg z mapą po lesie to jednak to co lubię najbardziej. Co tygodniowe występy w BNO sprawiają że z mapą idzie mi coraz lepiej. Bartek skończył zawody na 8 miejscu z łącznym czasem 96,50, ja przybiegłem na 13 miejscu z czasem 102,40.

Tomasz Grabowski    




Nowodworskie ZZK
bno 5 km
25. lutego 2012
Legionowo



    Miały być sztafety, ale zwyczajnie pobiegaliśmy sobie indywidualnie na orientację. Każdemu z nas udało się podbić co najmniej jeden nie swój punkt i jest to kolejna nauczka, że należy czytać opisy i numery PK. Oficjalnych wyników, jako, że były to zawody treningowe, nie ma.

Bartek Grabowski    











Warszawa Nocą
BNO 3,4 km
22. lutego 2012
Warszawa Agrykola



     "Centrum miasta godzina 19.00 ponad 100 dziwnie ubranych osób w czołówkach biegnie ul.Wiejską w stronę sejmu wzbudzając zainteresowanie przechodniów."

     Warszawa Nocą to cykl krótkich biegów na orientację organizowanych w centrum miasta w środku tygodnia. Tym razem i my postanowiliśmy spróbować swoich sił w tych zawodach. Poszło umiarkowanie Bartek zajął 25 miejsce ja niestety nie zostałem sklasyfikowany (pomyliłem na sam koniec kolejność punktów). Aż dziwnie się patrzy na wyniki tych zawodów gdyż sporo dobrych zawodników których znam z ultra została niesklasyfikowanych a jeszcze inni zajęli odległe miejsca. Sprint w BNO rządzi się jednak swoimi prawami. Warszawa Nocą to świetna impreza na początek przygody z nawigacją jak i dobra forma treningu.

Tomasz Grabowski    




Skorpion

Maraton Pieszy na Orientację - 50 km
18. lutego 2012
Batorz



Jest luty AD 2009...
    Jesteśmy z Tomkiem w Batorzu. Szykujemy się na pięćdziesiątkę Skorpiona. Temperatura niewiele na minusie. Śnieg leży w lesie i na polach. Głowy pełne dobrych myśli. 8:00. Startujemy...

Jest luty AD 2012
    Jesteśmy z Tomkiem i Leszkiem w Batorzu. Szykujemy się na pięćdziesiątkę Skorpiona. Temperatura niewiele na minusie. Śnieg leży w lesie i na polach. Głowy pełne dobrych myśli. 8:00. Startujemy...

Jest luty AD 2009...
    Tempo jak zwykle na początku mocne. Biegniemy w dużej grupie drogą, a potem przez las. Pierwszy PK podbijamy w tłumie.

Jest luty AD 2012...
    Tempo jak zwykle na początku mocne. Biegniemy asfaltem. Mój wariant nie pokrywa się z innymi. Odbijamy stromym zboczem w las. Na polanie wielki łoś dumnie pokazuje swoje poroże. Łapie nas Janek i we czwórkę, jako pierwsi, pewnie trafiamy na na PK1.

Jest luty AD 2009...
    Wyścig trwa. Przedzieramy się przez śniegi. Chciałbym gdzieś odbić w bok, gdy coś mi się nie zgadza, ale nie mam odwagi. I słusznie. Na mapie w ogóle nie potrafię odnaleźć mijanych wąwozów i górek. Pierwszą część rajdu biegniemy w kilkuosobowej grupce. Nawiguje Andrzej Krochmal. Staram się kontrolować mapę, a przynajmniej tak mi się zdaje.


Jest luty AD 2012...
    Wyścig trwa. Przedzieramy się przez śniegi. Na mapie odnajduję praktycznie wszystkie mijane wąwozy i górki. Grupką nawiguję ja. Niektórzy mnie kontrolują, niektórzy nie. Mijamy się z innymi małymi grupkami. Niektórzy próbują ucieczek, ale w takich warunkach jest to nierealne. Przez wąwóz przebiega ogromy dzik, chcielibyśmy móc tak szybko jak on.

Jest luty AD 2009...
    Wczesne popołudnie. Jestem zmęczony. Tomek dawno schował mapę. Gdy chcę coś zasugerować Andrzejowi na mapie, padają pamiętne słowa Tomka. „Weź mu nie przeszkadzaj...”. W pewnym momencie nie patrzę już na mapę i nagle ku mojemu zdziwieniu ukazuje się punkt.

Jest luty AD 2012...
    Wczesne popołudnie. Grupa zwiększa się momentami nawet do jedenstoosobowego tramwaju. Decydujemy z Jankiem o wariantach. Kontroluje nas Leszek i Dawid. Nie sądzę, żeby ktoś jeszcze. Na punkty wchodzimy gładko. Przy jednym ze stowarzyszy zastawiamy pułapkę wydeptując wokoł niego liczne ślady – paskudni jesteśmy ;).

Jest luty AD 2009...
    Nie wziąłem stuptutów. Biegnę w Salomonach XT Wings. W bucie wszystko mokre. Śnieg nasypuje się do butów od góry. W tej temperaturze rozpuszcza się... na razie.

Jest luty AD 2012
    Mam na nogach stuptuty Inov-8. Biegnę w Inov-8 roclite 318 GTX. W bucie tylko na „ciepło spocona stopa”. Śnieg nie nasypuje się do środka.


Jest luty AD 2009...
    Cały czas ciągnę się za Andrzejem Krochmalem. Pilnuję, żeby go nie zgubić, bo inaczej biada! Nie wiem jak trafimy do domu.

Jest luty AD 2012...
    Cały czas ciągnie się za nami grupa. Chcielibyśmy kogoś zgubić, ale w tym śniegu się nie da.

Jest luty AD 2009...
    Ściemnia się. Temperatura spada do około -15st. Wlatujący do butów śnieg zamarza wokół kostek i Achillesów. Boli mnie przez to każdy krok, a do mety jeszcze spory kawałek. „chyba będę musiał się wycofać” - stwierdzam „Jak tylko dojdziemy do drogi”. Dochodzimy do drogi na Batorz. „Spoko, chyba się ułożyło w bucie, już nic nie boli, możemy iść dalej”... nie ułożyło się, przez lodowe okłady stawu skokowego nie czułem raniącego stopy - przy każdym kroku - lodu.

Jest luty AD 2012
    Późne popołudnie. Forma cały czas dopisuje. Z butami nie ma żadnego problemu. Został jeszcze jeden PK. Decydująca próba ucieczki. Dzięki wyjeżdżonej przez ciągnik leśnej drodze zrywamy część tramwaju. Tuż przed zmrokiem odnajdujemy ostatni punkt kontrolny.

Jest luty AD 2009...
    Zdobywamy kolejne punkty w ciemnościach – mapa służy mi głównie do oceny ilości pozostających PK. Mam kolejne kryzysy. Mam dość.

Jest luty AD 2012...
    Wybiegamy na asfalt – ja, Tomek, Janek, Irek i Dawid. Mam mały kryzys szybko zażegnany batonikiem. Tempo jak na prawie 10 godzin wyścigu takie, iż mam pewność, że nikt nas już nie dogoni.

Jest luty AD 2009...
    Truchtamy z Tomkiem do mety. Andrzej po ostatnim punkcie odbiegł nam, stwierdziliśmy, że już się nie zgubimy. Wyścig zajął nam około 14 godzin. Nie wiem jak się nazywam. Odmarzam. Zajęliśmy o dziwo wysokie 4-te miejsce.

Jest luty AD 2012...
    Wbiegamy zwycięską piątką na metę. Czas – 9:55. Jestem zmęczony, ale zdecydowanie nie zmasakrowany.

Jest luty AD 2009...
    Zaczynają mnie boleć stopy. Zdejmuję buty. Boże... Na obu stopach wielkie rany wokół kostek bocznych i Achillesów. Boli coraz bardziej. Łykam Ketonal i śpię jak zabity.

Jest luty AD 2012...
    Nic mnie nie boli. Nic sobie nie naciągnąłem. Po krótkiej drzemce piszę prezentację do pracy na poniedziałek.

Jest luty AD 2009...
    Odmrożenia i rany okazują się poważne. Leczenie jest długotrwałe. Chirurgicznie usuwana martwica, gorączka, antybiotykoterapia, leczenie przeciwobrzękowe, czyszczenie rany ultradźwiękami, ponad dwa tygodnie zwolnienia – w pracy to ja teraz jestem pacjentem. Całą zimę chodzę w sandałach – wszystkie inne buty ranią mnie w stopy. Rany goją się po trzech miesiącach, pod koniec maja. Następny start odbył się „już” w lipcu...

Jest luty AD 2012...
    Dwa dni po wyścigu gram w squasha, a po czterech startuję z powodzeniem w warszawskim bno. Jest super!

    Niby podobnie, a jednak zupełnie inaczej...

PS. Nigdy nie miałem okazji podziękować Andrzejowi Krochmalowi za lekcję nawigacji jakiej udzielił mi podczas Skorpiona w 2009 i 2010 roku oraz w kilku innych mniejszych zawodach.

     Niniejszym czynię to teraz, bo to w dużej mierze dzięki tej nauce dane mi było zwyciężyć tegorocznego Skorpiona.

    Wielkie Dzięki!!!

Bartek Grabowski    




Zima UNTS
bno 10,5km
12. lutego 2012
Zagórze


    Treningowych zawodów ciąg dalszy. Mając nadzieję na mniejsze straty sprzętowe niż w sobotę, postanowiliśmy pobiegać w Zagórzu. Aby nie zanudzić się na trasie organizatorzy zafundowali nam szereg utrudnień w postaci niepełnych map - bez dróg, na samych warstwicach, korytarz, a czasami prawie bez niczego. Trasa ok. 10,5 km zajęła mi 2h:9min. Tomkowi próba rewanżu nie powodła się. Na 25 PK nie zaliczył siedmiu ;P. Za tydzień cała drużyna walczyć będzie na roztoczu.

Bartek Grabowski    










Nowodworskie ZZK
BNO 5,1 km
11. lutego 2012
Nowy Dwór Mazowiecki


        Po zawodach doszedłem do wniosku że nawigacyjnie muszę się troszeczkę poprawić. Trasa miała liczyć 5 km, na gps nabiegałem ponad 10 km (nie wiem czy to jest wytłumaczenie że jak byłem na trasie organizatorzy zaczęli już zdejmować punkty a ja twardo dalej ich szukałem w lesie). A zaczęło się tak dobrze po 4 PK dogoniłem Bartka i zniwelowałem ponad 5 minutowy odstęp, do 9 PK szliśmy równo a potem zaczęła się MAKABRA. Skala mapy 1:5000 a ja punkt nr 11 atakując z dobrego miejsca przestrzeliłem o ponad 200 metrów i uporczywie szukałem (na mapie daję to ok 4 cm). Dalej jakoś szło raz lepiej raz gorzej aż do momentu aż zacząłem szukać punktów których już nie było. Jak się zorientowałem, co nie nastąpiło wcale tak szybko wróciłem na metę której już też nie było i dalej do bazy. Bartek pomimo tego że ukończył cała trasę i zdecydowanie mnie pokonał nie zaliczy zawodów do udanych. W lesie zgubił GPS. Więc jeżeli ktoś w lesie Dębinki znajdzie GPS prosimy o kontakt. Podsumowywując zawody bardzo fajne. Dobra jednostka treningowa. Pierwszy raz miałem przyjemność biegać z chipem Sport Ident. I tak jak ostatnio, skończę relację sentencją, że następnym razem może być tylko lepiej.
A tutaj slad z GPS

Tomasz Grabowski    




XVI ZIMA NA PRADZE 2012
BNO 4 km
28. stycznia 2012
Warszawa Park Skaryszewski



Zawody traktowałem treningowo i ukończyłem na 7 miejscu na 17 startujących. Czas 30 minut i strata aż 7 minut do zwycięzcy (Marcina Krasuskiego) to nie jest mój najlepszy wynik w karierze. W czasie biegu miałem duże problemy z nawigacją, wiele punktów przestrzeliłem zamiast 4 km nabiegałem ponad 5 km. Zawody jak zwykle pod względem organizacyjnym bardzo udane. A już w najbliższy weekend bezpośrednia rywalizacja pomiędzy mną a Bartkiem w Nowym Dworze Mazowieckim (BNO dystans Średni). Ostatnio podczas MTBO Bartek okazał się lepszy, mam nadzieje że tym razem będzie inaczej.
A tutaj slad z GPS

Tomek Grabowski




Zimowe Biegi Górskie
Bieg 3,333 km
21. stycznia 2012
Warszawa Falenica



     Do Ełku nie pojechałem w ostatniej chwili z przyczyn nazwijmy to "technicznych". Nie wytrzymałem jednak zupełnie bez biegania i wystartowałem w Falenicy.
    Tym razem spróbowałem sił na jednym kółku. Byłem wg wyników czwarty z czasem 14:27. Wydawało mi się, że pobiegłem szybciej, ale może mi się tak tylko wydawało. Na wynikach trzeci zawodnik ma taki sam czas jak ja, a na metę wbiegałem sam. Ale nie ma to znaczenia. Liniówki nie są dla mnie. Ja jestem człowiek krzaków. Teraz szykujemy się na Skorpiona, gdzie wszystko wskazuje na to, że konkurencja będzie silna

Bartek Grabowski    




Ełcka Zmarzlina

Pieszy Maraton na Orientację - trasa 50 km
20-21. stycznia 2012
Ełk


    Do Ełku chyba w ogóle nie powinnam była jechać- zero przygotowań przed startem; niedzielny kurs "orientacja w terenie z kompasem dla początkujących" organizowany przez Bartka skończył się dwoma zgubieniami i znudzeniem po ok. 2 godz. lekkiego marszu. Jakby tego było mało w środę okazało się, że nie jedzie moja niedoszła towarzyszka niedoli- Magda a w czwartek zrezygnował Bartek- człowiek, który miał mnie znaleźć w ciemnym lesie, gdy będę biegać w panice dookoła drzewa. Bo tego, że się zgubię byłam pewna. Gdybym tylko pomyślała rozsądnie nie powinnam była jechać. Ale nie po to zamieniałam dyżur, nie po to kupiłam legendarnie obrzydliwe żele czy wkładki do butów_ Tym razem więc nie posłuchałam głosu rozsądku i pojechałam. Teraz myślę, że faktycznie niewiele byłoby mnie w stanie odwieźć od tego pomysłu, choć na pewno sama bym jednak nie pojechała.

     Do Ełku na całe szczęście jechał Leszek. Żartował nawet, że mam szansę na podium. Ha ha ha! Moim podium było dojście do mety, choćby na kolanach.

    Przed wyjazdem zjedliśmy porządny obiad (sos pieczarkowy odbijał mi się całą noc), potem "szybka" ścieżka przez stolice do Ełku ( płyta Ani Dąbrowskiej starczyła od Śródmieścia do Marek) i krótko przed 19 zarejestrowaliśmy się w biurze EZ. Pogoda na całe szczęście dopisała- lekki mrozek, śnieg na trasie, bez opadów. Jak dla mnie amatora świetne warunki- za szybko nie zamarznę a jak się zgubię mam iść po śladach o ile prowadzą tylko w jedną stronę.

    Mapy dostaliśmy w autobusie i w pierwszej chwili trochę mnie zatkało, nie potrafiłam opracować planu marszu- biała plama z napisem zakaz wstępu- miny lekko mnie zmroził. Z pomocą Leszka okazało się, że na mapie są jednak też tory czy leśne drogi. I najważniejsze, że żaden z punktów kontrolnych nie był zatytułowany granica kultur, choć dąb na skraju drugiej polany po wschodniej stronie wzniesienia nie brzmiał zachęcająco. Ale jak się powiedziało A to trzeba i B.

    O 20:30 ruszyliśmy. Leszek przed wyjazdem podpowiedział, żebym trzymała się Sabiny to na pewno dojdę i to w niezłym czasie. Musiałabym się chyba do niej łańcuchem przypiąć, bo zarówno Sabinę jak i Leszka wraz z wypowiedzeniem przez organizatora słowa START zgubiłam z pola widzenia. Zostałam z mapą sama, choć tak naprawdę z kilkudziesięcioma innymi, którzy woleli iść niż biec.

    Do pierwszego punktu szliśmy momentami gęsiego i pod dębem utworzyła się kolejka. Pierwszy perforator i oczywiście telefon do znajomych. Niektórych mocno dziwiła moja radość, ale po krótkich wyjaśnieniach wszystko stawało się jasne- pierwszy samodzielny start musi budzić takie emocje. Potem dość szybko PK2 i już byłam w drodze na PK3. I tu był pierwszy moment zawahania- wszyscy odbijali na zachód polem a ja postanowiłam iść torami i wynikało, że będę szła sama. Myśli - a co jeśli się zgubię; czemu inni tędy nie idą, kotłowały się w mojej głowie. Bogu dzięki za technikę i telefony komórkowe! Okazało się też, że Bartek w domu przy komputerze to nawet lepsze rozwiązanie niż na trasie. Najważniejszy przekaz z rozmowy- kieruj się na północ tam są tory. Zresztą nie po raz ostatni kierowanie się na północ kompasem się opłacało. Oczywiście osławione tory znalazłam a samotna wędrówka dała mi poczucie pewności siebie, co potem się przydało, bo gdy szybko podbiłam PK3, na PK4 wybrałam drogę przez las, żeby trochę zaoszczędzić. I tym razem nie martwiłam się, że inni idą drogą na górze.
Przejście okazało się nawigacyjnie dość łatwe (jak zresztą cała trasa) ale za to bardzo emocjonujące- widziałam ślady dzików. Szłam zatem dość żwawo a adrenaliny wystarczyło także na PK5.

    Na przecince tuż za mostkiem spotkałam grupę chłopaków, którzy zniechęceni podmokłym terenem chcieli zrezygnować i zawrócić. Ja ambitnie się zawzięłam i poszukałam miejsca, żeby suchą nogą kierując się na północ wyjść na drogę i dalej na PK6. Czułam się dobrze, co najważniejsze nadal nie byłam senna, nic mnie nie bolało i zaczynałam wierzyć, że dojdę przez limitem. Po cichu wierzyłam, że może nawet przed 8 rano. Moje plany musiałam jednak zmienić, bo PK7 sprawił mi największy problem- siedzisko myśliwego przy dużym drzewie wyobrażałam sobie inaczej i zamiast ułożonego chrustu szukałam ambony na polu. I pewnie tutaj, spędziłabym dużo więcej czasu a nie znalazłszy może nawet zrezygnowała, ale na szczęście koledzy, których wyprzedzałam wcześniej na trasie mi pomogli. Na PK8 częściowo szliśmy razem wyprzedzając się co chwila- raz oni, raz ja, aż w końcu gdy się rozwidniło postanowiłam iść zdecydowanie szybciej, by dojść przed 9-tą (to był mój nowy cel). Ale nie omieszkałam się chłopakom odwdzięczyć wskazując drogę na PK8.

    Gdy już myślałam, że teraz będzie już tylko prosto do mety, na drodze wyrosły bagna i mała rzeczka. Kilka minut spędziłam szukając suchego przejścia- mimo, że miałam przemoknięte buty nie uśmiechało mi się brodzenie w zimnej rzece. Nie jestem Więckiem czy Grabowskim :P Jakieś 2 km przed metą dopadł mnie kryzys- zaczęłam odczuwać trudy marszu, bolały mnie nogi, mokre skarpetki ciążyły w butach i nawet energetyczny żel nie pomógł. Nota bene brzoskwiniowy jest faktycznie okropny. Siłą rozpędu szłam jednak dalej, choć zdecydowanie wolniej, drobiąc kroki. Zaczynało mnie to męczyć, trasa się dłużyła. W końcu znajomi koledzy mnie doszli i na PK9 przyszliśmy razem_ o 8:50. A więc cel osiągnięty!!

    Radość na mecie nie do opisania, duma mnie wprost rozpierała. Do tej pory gęba mi się uśmiecha na to wspomnienie. Człowiek naprawdę nie wie ile może, dopóki sam siebie nie sprawdzi w ekstremalnych warunkach. I wtedy okazuje się jak sam siebie niedoceniał; że to co wydawało mu się niemożliwe i nieosiągalne staje się realne. Polecam każdemu taki rodzaj sportów ekstremalnych.

    Ps. Czas mojego przejścia 12godzin 20minut; w sumie pokonałam 54,5km. Jak na pierwszy start nie jest źle.

Ania Szymańska    

W oficjalnych wynikach Ania jednak stanęła na podium, zajęła 3 miejsce z czasem 12h:20min

Leszek zajął ostatecznie 6 miejsce - czas 7h:20min

A na zdjęciu Leszek, jak Ania znajdziesz jakieś swoje to wkleję ;P



Orient 2012
bno
14. stycznia 2012
Warszawa Anin



    Co można pomieszać na bno? Można pomylić drogę. Można przestrzelić punkt, można nie wytrzymać tempa. Lub, tak jak ja, wziąć nie swoją mapę, a na dodatek nie zrozumieć regulaminu. O tym że mam nie swoją mapę zorientowałem pod koniec trasy - coś za krótkie to bno się wydawało. Na mecie doweidziałem się też, że odcinek klasyka można było pokonać w dowolnym momencie, a nie kręcić się w kółko tak jak ja - cóż, ale przynajmniej sobie pobiegałem.
Zostałem sklasyfikowany na drugim miejscu wśród kategorii M-55 ;P. Leszek, też nie zrozumiawszy regulaminu (ale na właściwej mapie) zajął 21 miejsce.

Bartek Grabowski    




Zimowe Trenigi OKS
Scorelauf czasowy
8. stycznia 2012
Otwock Meran



    Ciekawe zawody. Upewniające mnie o przewadze bno nad wczorajszą liniówką. W czasie 60 minut nie udało mi się zdobyć 3 punktów (na własne życzenie zresztą).
Ostatecznie zająłem 4 miejsce na 19 zawodników w kat 60 minut.

Bartek Grabowski    




Zimowe Biegi Górskie + Fallino 2012
Bieg 10km + bno
7. stycznia 2012
Warszawa Falenica



    Trenigowe bieganie w Falenicy nie zakończyło się szczęśliwie dla Tomka. Naciągniety mięsień brzuchaty łydki wyrzucił go jak się miało okazać nie tylko z tego biegu. Leszek ukończył bieg na 10 km z czasem 49min:40sek. Ja wycofałem się pomagając Tomkowi zejść z trasy.

    Po liniówce krótkie sprinterskie bno. Obaj z Leszkiem przestrzeliliśmy po 2 punkty. Skończyłem na 3 (19:40), a Leszek na 4 miejscu (20:37)

Bartek Grabowski    






Podsumowanie roku 2011



   Nadchodzi koniec roku 2011. Wszędzie podsumowania i wspomnienia tego, co w nim miało miejsce. Zobaczmy zatem jaki był to rok dla naszego zespołu. Zapraszam na resume.

      Styczeń

   Sezon zaczęliśmy z Tomkiem w Ełku. Miało być super, a wyszło jak zwykle. Pomimo dobrego początku Ełcką Zmarzlinę zakończyliśmy na 5. miejscu. Z zawodów pozostanie na pewno w pamięci brodzenie po kolana w lodowatej wodzie oraz częste oglądanie nieba z pozycji horyzontalnej.



      Luty

   Kolejny zimowy miesiąc to 4. miejsce w bno Zima na Pradze w Parku Skaryszewskim oraz kolejny nieudany strat w PMnO. Tym razem nie sprostałem trasie Skorpiona - zagubienie w wąwozie i nowe buty przyczyniły się do zejścia z trasy i moralnego kaca. Leszek skończył zawody na 20 miejscu.



      Marzec

   Na początku 2. Miejsce w małych zawodach bno w Falenicy.
   I tu następuje pewien przełom. Rajd Dolnego Sanu okazuje się być dla nas bardzo udany. Wszyscy trzej plasujemy się w pierwszej szóstce zajmując 2., 4., i 6. miejsce. Bardzo szybka trasa daje każdemu z nas rekord życiowy na 50 km.



      Kwiecień

   Kwiecień to czas występów Oli. Rajd miejski w Katowicach z mnóstwem nietypowych zadań specjalnych ukończyliśmy w duecie na 13. miejscu. Ale prawdziwe wyzwanie nastąpiło w połowie miesiąca - wraz z Olą, Magdą i Anią ukończyliśmy 1/2 Harpagana, czyli przeszliśmy 50km. Jak zachwycone były dzieczyny nad ranem opisywać nie trzeba - widać na zdjęciu W międzyczasie zaliczyłem tradycyjny występ w Maratonie Rowerowym Blisko Otwocka gdzie zająłem 17. miejsce.



      Maj

   Miesiąc w którym odbywają się dwie imprezy, których "odpuścić nie sposób". Mowa tu o Navigatoria AR i DyMnO. Do Sopotu jechaliśmy celem obrony drugiego miejsca z zeszłego roku. Tym razem obsada była silniejsza - skończyliśmy tuż za podium. Na trasie spędziliśmy 23 godziny, a ostatni etap kajaków morskich wyzwolił w nas dużą dawkę adrenaliny. Z ciekawszych momentów przypomina mi się jeszcze śpiący Tomek na górce na bno, gdy ja poszukiwałem bezskutecznie jednego z punktów kontrolnych:P.
   Dymno jest zawsze super. Nie inaczej było i tym razem w Sadownym. Brązowy medal w kat rajdu przygodowego dał nam mnóstwo satysfakcji. Jak zwykle nie obyło się bez pływania wpław na etapie kajakowym.
   Passa sukcesów podtrzymana została na zawodach Jura Skałka Adventure, gdzie wraz z Tomkiem wygraliśmy kategorię Speed (40km biegu + zadania specjalne)
   W pozostały wolny weekend wraz z najmłodszymi zawodnikami Stryków - Byków, Jasiem, Mają i Natalką zwyciężyliśmy w kategorii rodzinnej w zawodach w podwarszawskich Markach.



      Czerwiec

   Na początku, w świętojański weekend, Leszek zajmuje 2 miejsce w zawodach 10xsolo, aby dzień póżniej wygrać zawody Ino Świetojańskie. Ja i Ola plasujemy się tuż za nim na drugiej pozycji.

   Żeby jednak nie było tak różowo i wesoło, nadchodzi BikeOrient. Kolejny kac moralny stał się faktem. Po połowie doby walki wycofujemy się z Tomkiem z dalszej rywalizacji rajdu przygodowego bo... kto to wie dlaczego, słaba głowa i tyle.



      Lipiec

   Pierwszy miesiąc wakacji zaczęliśmy od wizyty w Więcborku. Gdyby nie słynny Michał J., który wszystko "popsuł" bo przyjechał ;), wygrałbym zawody. Tak pozostało cieszyć się "tylko" z drugiego miejsca. Leszek skończył wyścig na miejscu 7.
   Kolejny przystanek - Pobiedziska - Wielkopolska Szybka Setka - Po raz trzeci w tym sezonie super początek, a koniec taki sobie. Leszek poradził sobie lepiej zajmując 7. miejsce. Mnie pozostała 12. pozycja i zadowolenie z faktu, że nie umarłem z pragnienia na środku pola w smażącym słońcu (a było blisko).



      Sierpień

   Wyjeżdżamy z Leszkiem na obóz trenigowy w Pieniny i Bieszczady. Biegamy po górach, śmigamy na rowerkach po serpentynach, pływamy kanoe po Dunajcu, kajakiem po Solinie, wspinamy się w parku linowym. Aha, oczywiście jesteśmy tam z rodzinkami na urlopie. Dzieciaki i Dziewczyny spisują się bardzo dzielnie, gdy nierzadko muszą uczestniczyć w naszych treningach.
   Tomek stratuje w 50-siątce Nawigator w Mińsku Mazowieckim zajmując dobrą 6-tą pozycję.



      Wrzesień

   Naładowani wakacjami jedziemy z Tomkiem do Iwkowej. Obsada Ekstremalnego Rajdu Orła nie jest duża. Kilka zespołów startujących, więc kończymy zawody na drugiej pozycji. Warty odnotowania jest fakt startu w nowym kasku - "speedbike" zakupionym naprędce w Kauflandzie w Busku - Zdroju tuż przed zamknięciem sklepu. Poniżej Tomek "medytujący" nad swoimi skurczami na etapie rowerowym.

   Zaczynam przeliczanie punktów PMnO - hmm... jak mi się wszytsko uda, temu i temu się nie uda, to może wskoczę na podium.

   Te rozważania sprawiają, że jadę na drugi koniec Polski do Cieszyna na Jesienne Trudy. Kilka błędów w nawigacji, łażenia po bagnach i ląduję... na trzecim miejscu??? Czasem ma się farta ;).

      Październik

   Zaczynamy od Wejherowa - Jesienny Tułacz to jak zwykle mnóstwo nawigacji (to na plus)i wyniki po tygodniu, które jak zwykle zaskakują (niekoniecznie na plus). Noc spędzona w ciemnym, nadmorskim lesie wraz z Adamem Olbrysiem daje mi ostatecznie 4. miejsce. Po raz kolejny też, wykorzystuję limit w całości padając na linii mety 20 sekund przed jego końcem - to się nazywa timing. Leszek kończy na 12 miejscu. Na trasie TP30 walczy Magda z rodziną. Noc pełna przygód i zwrotów akcji kończy się miejscem w środku stawki (39).
   Miała wystratować także moja Ola, ale dostała lekarskie zwolnienie ze względu na "małe pasożyciątko" które zalęgło się w jej brzuchu.
    Tydzień później jedziemy tradycyjnie na MTBO - tym razem do Łucznicy. Razem z Tomkiem zajmujemy dobre 11. Miejsce. Leszek kończy rywalizację na 61. pozycji.
   Z nienacka pojawiają się nowe-stare zawody w kalendarzu AR - Lenie w Terenie. Ciekawe zawody, ciekawy rezultat (moje drugie i piąte Leszka miejsce) oraz arcyciekawa historia z kluczykiem od samochodu - na szczęście z happy endem.

      Listopad

   Jesień w pełni, a my rodzinnie jedziemy na Spisz - goszczą nas Łapsze Niżne. Czy można się cieszyć z 13 miejsca? Na pewno, jeśli jest taka konkurencja. Bardzo mocna obsada orientalistów i biegaczy górskich pokazała nam zarówno jak duży postęp wykonaliśmy oraz jak dużo nam jeszcze do najmocniejszych brakuje.
   Tydzień wcześniej Leszek zajmuje 3. Miejsce w I Nocnych Manewrach SKPB w Celestynowie
   Tydzień później próbujemy swoich sił w typowych zawodach w MTBO w Wesołej k/Warszawy. Dwudniowe zawody kończę w łącznej klasyfikacji z brązowym medalem.
   Koniec miesiąca to wyjazd na Kaszuby do Brodnicy. Startujemy z Tomkiem w Funex Orient AR. Treningi nie poszły na marne, była siła, była (z małymi wyjątkami) nawigacja. Skończyło się na 2.gim miejscu w kat MM i 4.tym w Open. Po raz pierwszy do końca trasy mijaliśmy się, bądź wspólnie napieraliśmy z czołówką polskiego AR-u.

      Grudzień

   Ostatnie zawody w tym roku to klasyka - Nocna Masakra. Koniec sezonu zakończony pełnym sukcesem - razem z Tomkiem wygrywamy trasę 50 km, pływamy w grudniu w rzece w ubraniach a ja zdobywam podium w klasyfikacji generalnej.

   Jaki był ten rok? Oceńcie sami, ale według mnie był to najlepszy rok naszej drużyny w całej jej historii.
   Zrobiliśmy ogromny postęp zarówno w nawigacji jak i szybkości i wytrzymałości. Dało to odpowiednie przełożenie w zajmowanych miejscach.
   Zwiedziliśmy mnóstwo nowych i starych miejsc w całej Polsce.
    Wciągnęlismy w rajdowanie całe nasze rodziny.

   Czego sobie życzyć na nadchodzący rok? Chyba podtrzymania tej passy i zacięcia w trenigach, a mnie spełnienia kolejnego rajdowego celu... ale na razie o tym pssst.

   Na koniec składam wielkie podziękowania dla moich dziewczynek - Oli i Mai, które wytrwale towarzyszą mi w moich rajdowych podróżach, kibicują, czasem startują, a na koniec jeszcze czytają moje relacje.

   Dziękuje Tomkowi, Leszkowi, Magdzie, Ani za wspólne przygody na trasach. Dziękuję też wszystkim kibicom, zawodnikom z którymi rywalizowałem i organizatorom za rok pełen wrażeń.

Bartek Grabowski    






Najbliższe wystepy:

20. maja 2012
WiMnO
Warszawa - Las Młociński
mno
trasa TP
Maja Grabowska
Bartek Grabowski

20. maja 2012
Święto Wisły
Warszawa
rjno
scorelauf - 10km
Bartek Grabowski

2. czerwca 2012
Złoto dla Zuchwałych
region Pałuki
pieszy maraton na orientację
trasa TP 50
Bartek Grabowski
Tomek Grabowski

9. czerwca 2012
BikeOrient
Budy Grabskie
pieszo rowerowe zawody na orientację
trasa mieszana
Bartek Grabowski
Tomek Grabowski

16. czerwca 2012
Rajd Czterech Żywiołów
Klucze
rajd przygodowy
trasa extrime
Bartek Grabowski
Tomek Grabowski
trasa maraton
Ania Szymańska

projekt i wykonanie strony Bartłomiej Grabowski
prowadzenie strony:
Bartłomiej Grabowski, Tomek Grabowski