Stryki - Byki AR Team
Zawodnicy
Księga Gości
Archiwum
Kontakt: e-mail
Nocna Masakra

Pieszy Maraton na Orientację - trasa 50 km
17-18. grudnia 2011
Dębno



     To już koniec. Sezon zakończony. I to jak!

     Na początku roku postawiłem sobie jako priorytet rajdy przygodowe. I rzeczywiście, jeśli tylko taka możliwość była - w nich startowałem. Starty w pięćdziesiątkach miał być niejako na dokładkę, bez zważania na Puchar, a wyłącznie ukierunkowany na pojedyncze wyścigi. W połowie sezonu okazało się jednak, że i tu coś mogę powalczyć. Wyliczyłem co gdzie i kiedy muszę wykonać. Tak oto jadąc na Nocną Masakrę wiedziałem co należy:

     1. Zdobyć co najmniej 31 pkt
     2. Stracić nie więcej niż 4 pkt do Irka Kociołka i Marcina Hippnera.

Co to dawało? Otóż brązowy medal w Pucharze Polski.

    Gdzie będzie w tym roku Masakra? Dębno. Sprawdzam... Boże... GoogleMaps pokazuje... 550km. Dobrze, że w większości autostradą.

Na zawody jadę z Tomkiem i z Jankiem Lenczowskim. Tak jakoś wyszło, że przez Niemcy...

    Na miejscu warunki jak w hotelu. Mała salka, ciepło, cicho, materace, prysznice z ciepłą wodą.

Sobota to czas oczekiwania na start. Co zjeść, kiedy, ile. W co się ubrać , ile wziąć płynów itd... itd.

     No to zbliża się 16.00 - Tłum ruszył. Jedni na północ, drudzy na południe. Sprawdzam tylko gdzie pobiegł Irek z Jankiem. Na południe, więc dobrze, inaczej niż my.
Ruszamy rześko. Biegniemy przez łąki i pola. Biegniemy w liczbie mnogiej, bo oczywiście pokonujemy z Tomkiem trasę razem. Razem z nami biegnie Piotrek Dopierała. Będziemy we trójkę aż do... ale o tym za chwilę.

    PK5 to ogrodzenie i oczywiście pierwsze szukanko. Kilka minut i okazuje się, że to jednak nie ten płot. Czeka nas teraz długi przelot na PK2, droga prosta tylko w moim brzuchu cos się gotuje.... tylko nie to, nie teraz... (wracają wspomnienia z EZ i WSS). Mija nas dwóch szybkobiegaczy. Mija, a raczej wyprzedza jak Mercedes Poloneza.... oj będzie chyba ciężko. "Gruby świerk nad kanałem" wskakuje bez trudu. Droga na PK8 też wydaje się dość łatwa. Po drodze oddaję Tomkowi na chwilę plecak. Tracimy minutkę, ale polepsza się moje zdrowie ;). Biegniemy trójką torami, a właściwie tym co po nich zostało. Śmiejemy się wyprzedzając rowerzystów. Chwila dezorientacji, ale po chwili odnajdujemy się na mapie, idziemy dokładnie ścieżkami i wchodzimy dokładnie na punkt... chciałoby się rzec... ale nie, lampionu nie ma. Jest górka na bagnach, ale co z tego. Punktu nie widać. Namierzamy się kilkakrotnie w pięciu (od drugiej strony przybyli szybkobiegacze - Wojtek Stolarczyk i Adam Zych). W końcu chłopaki krzyczą - Jest! W mordę, tylko jaka górka??? Troszkę czasu się zeszło. Jak ma się później okazać nie tylko nam.

      - Skoczymy nad rzeczkę do zachodu, duża nie może być, najwyżej zmoczymy buty - proponuję
     - Pewnie, nie będziemy obiegać przecież - Tomek potwierdza

    Teraz na południe. Znów we trójkę kręcimy labiryntem ścieżek. Wyskakujemy na szosę potem brzegiem pola chcemy dostać się nad tą wąską rzeczkę. Jak ona się nazywa. Myśla?
Niewielkie bagienka, co tam. O, jest i rzeczka.

      - Kurde...
     - Hmmm...
     - I co teraz?
     - Może jakiś mostek, kładka będzie?
     - Najpierw namierzymy punkt...

    Miny nam trochę zrzedły. Docieramy nad odpowiednie zakole. Punktu co prawda nie widać, ale wiemy, że musi być "gdzieś tu", tzn. po drugiej stronie. Co gorsza nie ma żadnej kładki. Dobra, wiem że gdzieś opodal była, słyszałem po wyścigu... My jej nie widzieliśmy
Zdejmujemy plecaki, wkładamy komórki i gps-a do folii...

     - Co robimy? - pyta Piotrek
       Tomek nie pozostawia wątpliwości...
     - Przygotowujemy się do przeprawy...

    Do połowy rzeczki przeszliśmy po pniu mocząc się delikatnie. Kijem sprawdzam głębokość w połowie rzeki. Jakieś 1.70m - w sam raz... Ja pierwszy - siup, żabka w ruch. Kilka ruchów i jestem na drugim brzegu. Jest mi gorąco, ale to chyba z wrażenia. Zaczynam szukać punktu. Słyszę "chlup" i za chwilę Tomek jest obok mnie. Wyżymamy się i czekamy na trzecie chlup, które jednak nie następuje. Od tej pory jesteśmy we dwójkę. Jest nam dziwnie ciepło, mokro, ale ciepło, nie szczękamy zębami, nie trzęsiemy się, tylko... nie możemy znaleźć punktu. Nie! Tylko nie to! Takie poświęcenie i nie ma lampionu... Robimy małe kółko i namierzamy się od pola - jest! (po śladzie widzimy że już wcześniej byliśmy obok).

    Na szczęście nie wieje. Ciężko się biegnie na mokro, jednak chociaż nawigacja wychodzi całkiem, całkiem. Jesteśmy już w pobliżu PK3. Mijamy wracających z punkt szybkobiegaczy oraz pędzących w drugą stronę Janka i Irka. Buuuuu... Niedobrze... Z mapy wynika, że połowy to my jeszcze nie mamy. Na liczniku 26km.

    Widząc przeciwników doznajemy - cytując Leszka - efektu spłoszonego jelenia. Gnamy do przodu nie wiadomo dokąd i dlaczego. Wybiegamy za daleko, cofamy się. Jest grobla, jest skarpa, jest punkt.


    Zostało jeszcze 5 miejsc do odwiedzenia. Na PK6 namierzamy się celnie od południa (podobno Daniel mówił że od północy jest grobla, ale nam gdzieś to umknęło). Za nami wpadają... szybkobiegacze??? Chyba troszkę słabną - odbiegając od punktu słyszymy od jednego z chłopaków - "co On ze mną dziś zrobi..."

     Długa prosta na asfalt, gdzie mijamy solidną grupę piechurów. Odnajdujemy właściwą przecinkę i wio! Omijamy bagienko i docieramy do jakiejś wody.

     - Czy my nie jesteśmy za daleko? To nie jest czasem ten następny zbiornik?
     - Aaa, źle zmierzyłem milimetry na mapie - zły jestem na siebie.


    Wracamy na bagienko i ponownie czesanko po kostki w wodzie (nie wiem jak Janek znalazł ten punkt suchą stopą). Grunt, że jest punkt. Wołamy chłopaków - szybkobiegaczy i jesteśmy kwita za PK 8 ;).

    Chwila zastanowienia nad kolejnością, chwila wahań. Lecimy na jedynkę. Dłuższy przelot męczy nas, słabniemy, chwilami przechodzimy do marszu, ale tylko chwilami. Tomek przestaje mówić...

     - Tomek, jak tam forma?
     - Daj spokój, nie czaję już...

    Na punkt wchodzimy bezproblemowo. Za to zakręciliśmy się troszkę wychodząc z niego. Na szczęście tylko troszkę. Na PK7 - brzeg jeziora wiedzie długa prosta. Tomek zaczyna ponownie mówić, wraca do żywych...

     - Bartek, zobacz, tu jest ścieżka na skos - Tomek pokazuje na mapie
     - Jest, tylko, że niebieska, chyba nią nie będziemy szli ;P

    Biegniemy po kwadracie od południa. Punkt na miejscu. Ostatnie przeloty wydają się łatwe i chyba takie są. Musimy biec, bo w czasie wolniejszego poruszania się trudniej utrzymać odpowiednią temperaturę _ ubranie jest cały czas całkiem mokre po pływaniu.

     - Myślisz, że Janek jest już na mecie? - pytam
     - Nie wiem, ale czuję, że mamy szansę na trzecie miejsce.

    Po drodze w lesie mijamy gościa palącego papierosa obok motocykla... co on tu robi? Nie pytamy. Wpadamy w okolicę punktu i szukamy, jakoś tak po omacku. Tym razem szczęście nam sprzyja. Więc już tylko powrót. Licznik dawno przekroczył 50km. Zwiększamy tempo, już nic nas nie powstrzyma.

A dokąd? A dokąd? Do mety! Na wprost!
Po drodze, przecince, po torze, przez most,
Przez bagna, przez rzekę, przez pola, przez las
I spieszą się, spieszą, by zdążyć na czas...


     - Zobacz, jakaś czołówka z boku chyba wybiega
     - To chyba nie czołówka
     - Szybko, biegniemy... Tomek obejrzyj się, goni nas (sam nie mogę bo jak się odwrócę to oślepia mnie Tomka światło, a zwolnić nie chcę)
     - Nie ma nikogo, nikt za nami nie biegnie.

    Widać pierwsze zabudowania Dębna. Odbiegamy od torów. Widać szkołę (prawie ją ominęliśmy). Przez szybę w bazie widać organizatorów i uśmiechnięta twarz Janka... nie to nie On... to Piotrek, który z nami bieg na początku. Na liczniku 61km.

     - Co tak długo? - pyta Daniel.
     - Mówiłeś, że osiem godzin będą mieli zwycięzcy więc na tyle pobiegliśmy.
     - No to wygraliście!
     - Jak to?! Nie ma Janka?! Irka?

     Udało się!!! Pełen sukces. Wygraliśmy pierwszą pięćdziesiątkę. Wywalczyłem podium w Pucharze. Mission Complete!

     Potem szybki ciepły prysznic i mogliśmy delektować się jak następni zawodnicy wchodzą na metę. Żeby powiększyć jeszcze sukces na zakończeniu wylosowałem bon na zakupy na 100PLN w sklepie biegowym NBR.

     Do domu wracaliśmy z tarczą, w aucie pełnym medalistów.

Bartek Grabowski    




Funex Orient

Rajd Przygodowy
25-27. listopada 2011
Brodnica

    Bardzo udany występ zakończony drugą pozycją w kat MM tylko 3 minuty za Teamem 360o



VI Ogólnopolskie Zakończenie Sezonu w RJnO

Rowerowa jazda na orientację
19-20. listopada 2011
Warszawa Wesoła

    4-te miejsce pierwszego dnia i 5-te drugiego pozwoliło mi zdobyc brązowy medal w klasyfikacji łącznej.
W drugim dniu startował Tomek - 6-te miejsce i Leszek - 9-te miejsce





GEZnO

Biegowe Zawody na Orientację

12-13. listopada 2011
Łapsze Niżne

    13-te miejsce Stryki-Byki AR Team (Bartek i Tomek)

[Rozmiar: 144162 bajtów]
[Rozmiar: 122412 bajtów] [Rozmiar: 115342 bajtów]
[Rozmiar: 67578 bajtów]
[Rozmiar: 111513 bajtów]
[Rozmiar: 104280 bajtów]
[Rozmiar: 125893 bajtów] [Rozmiar: 132147 bajtów] [Rozmiar: 184998 bajtów]
[Rozmiar: 94575 bajtów]


Lenie w Terenie

Rajd Przygodowy

22. października 2011
Przywory Duże

    2-gie miejsce - Bartek i Tomek
    5-te miejsce - Leszek




Maraton Terenowy Blisko Otwocka 2011

Rowerowy Maraton na na Orientację - 100km

8. października 2011
Łucznica

    11-te miejsce ex-aequo- Bartek i Tomek
    61-sze miejsce - Leszek




Jesienny Tułacz

Pieszy Maraton na na Orientację - 50km

1-2. października 2011
Wejherowo

    TP 50:
    4-te miejsce - Bartek
    12-te miejsce - Leszek

    TP 30:
39-te miejsce - Magda z drużyną



Jesienne Trudy

Pieszy Maraton na na Orientację - 50km

23-25. września 2011
Cieszyno

     Bartek - 3 miejsce


Ekstremalny Rajd Orła

rajd przygodowy

10-11. września 2011
Iwkowa

     2-gie miejsce w kat. open


Nawigator VI

Pieszy Maraton na na Orientację - 50km

6. sierpnia 2011
Mińsk Mazowiecki

     6-te miejsce Tomka w kat M-50km. Reszta ekipy na urlopie :)


Wielkopolska Szybka Setka

Pieszy Maraton na na Orientację - 50km

16. lipca 2011
Pobiedziska

     Nie lubię rajdów które: mają długie asfaltowe przebiegi, są łatwe nawigacyjnie, liczą niewiele punktów a kolejność ich zaliczania jest obowiązkowa. Mojego upodobania nie zmienia fakt, że wyniki osiągane w tych „nielubianych” są znacznie lepsze niż w startach trudniejszych nawigacyjnie (nadal szlag mnie trafia jak przypominam sobie jaki idiotyzm zrobiłem na Dymnie na 2 odcinku BnO). Po prostu lubię nawigować (w tym roku uczucie nieodwzajemnione) i zawsze mam nadzieję, że rywale pójdą w buraki.

    Tegoroczna WSS spełniała wszelkie kryteria „nielubialności”, ale była dla mnie bardzo ciekawa dzięki orgii wyprzedzeń. I tak:
- Irek Kociołek wyprzedzał mnie 5 razy, wobec moich 4,
- Bartek Grabowski 2:2,
- Stanisław Olbryś 3:2

    Co najmniej raz wyprzedziłem na trasie wszystkich zawodników (dziwnym zbiegiem okoliczności nawet Michała Jędroszkowiaka). Jedynym wyjątkiem był Janek Lenczowski, którego tylko dogoniłem na 2. i po 4. punkcie.

    A co do meritum relacji to zacząłem bieg bardzo powoli. Pierwsze dwa punkty, zdobyte w grupie. Po wbiegnięciu na asfalt w Promnie, widziałem gdzieś na horyzoncie Bartka Grabowskiego i J. Lenczowskiego. Ustawiłem się na końcu stawki biegaczy (ok. 20 miejsca) i dreptałem spokojnie po asfalcie. Przed trójką zaskoczył mnie M. Jędroszkowiak, który nadbiegł z tyłu i równie szybko zniknął z przodu. Po trójce pobiegłem na bagna, na których spotkałem grupę rywali (z 10 chłopa) deliberujących nad rozlewiskiem. Uprzejmie poprosiłem, aby w razie nieoczekiwanych problemów raczyli wyciągnąć mnie z bagna i wskoczyłem do wody. Nie było tak źle - zapadłem się tylko po piersi. Nagrodą był 4. punkt stojący tuż nad brzegiem. Odchodząc z niego zapadłem się jeszcze kilka razy po pas, ale wyszedłem z lasu niespodziewanie na 3. miejscu. Do piątego punktu pozycję utrzymałem, ale dzięki zagadującej pani, dogonili mnie Irek i Bartek. Piątki szukaliśmy trochę zbyt długo i już byliśmy w większej grupie.

    Potem zacząłem niechlujnie nawigować i traciłem przez to wszystko, co zyskiwałem w biegu (stąd tyle wyprzedzeń). Na punkt 6. dotarłem z dwoma nieznanymi mi biegaczami na 4 pozycji. Na pkt. 7. postanowiłem przebijać się wprost na wschód i nawet znalazłem stosowną ścieżkę. Nie było źle, wyszedłem na właściwą przesiekę, ale straciłem ze 200 metrów (tyle przed sobą widziałem rywala z którym byłem na 6.) Siódemka wydawała się bardzo łatwa (trudno ominąć rzekę), ale chyba właśnie dlatego przegapiłem właściwy moment zejścia z drogi i pobiegłem za daleko na płd-wsch. Przez to nadrobiłem z 500 metrów i straciłem 5 pozycji (byłem za M. Kłosowiczem i S. Kaczmarkiem). Aby ich minąć wybrałem wariant przy żwirowni wzdłuż lasu (za mną biegł Marcin Hippner). Przed pkt. 8 dogoniliśmy kolejny raz Irka Kociołka i wtedy dopadł mnie kryzys motywacyjny. Nic mnie nie bolało, sił trochę jeszcze miałem, ale byłem strasznie zniechęcony (myślałem, że przez błąd na 7. wyprzedził mnie Bartek G., który wcześniej był przed Irkiem). Zaatakowałem jeszcze raz przed pkt. 9, ale wyrzuciłem się za bardzo na północ i odpuściłem sobie ściganie. Ustaliliśmy, że do mety biegniemy wspólnie we trzech i spróbujemy złamać czas 6:30. Pewnie to by się udało, ale 200 metrów przed metą Marcina złapał skurcz, a ja zostałem chwilę przy nim.

    Rajd oceniam jako udany, organizacja bardzo dobra. Oprócz możliwości ścigania, podobało mi się jeszcze ciekawe ustawienie punktów, które umożliwiało wariantowanie odejść.

Leszek Maliszewski


Azymut Orient

Pieszy Maratona na Orientację - 50km

2-3. lipca 2011
Więcbork

     Miejsc 2-gie i 7-me



Bike Orient

Rajd Przygodowy

17-18. czerwca 2011
Spała

     ...



Świętojańskie InO

Marsze na Orientację

11-12. czerwca 2011
Stara Wieś

     Znowu sukces - dwa pierwsze miejsca nasze



10 x solo

Marsze na Orientację
11. czerwca 2011
Stara Wieś

     ...



Jura Skałka Adventure

Rajd przygodowy
28. maja 2011
Podlesice

     Wkrótce coś napiszemy...



WIMnO

Marsze na Orientację
22. maja 2011
Marki

     Rodzinnie i z dużym sukcesem! Dwa pierwsze miejsca ex aequo.
Bartek Grabowski


[Rozmiar: 140503 bajtów] [Rozmiar: 378471 bajtów]
DyMnO
Rajd Przygodowy
14. maja 2011
Sadowne

    Drugi duży rajd w przeciągu tygodnia? Raptem 6 dni odpoczynku... Jak zareagują nasze organizmy? Są jednak zawody, których odpuścić nie sposób. A zarówno Navigatoria AR jak i DyMnO do takich należą.

    Wyjeżdżamy w piątek. Tym razem droga niedaleka, tylko 100km - to krócej niż dystans rajdu ;). Meldujemy się w biurze, otrzymujemy numer E1 i spokojnie czekamy na resztę ekipy (Leszka, Michała i Jacka) oraz na mającą co nieco wyjaśnić odprawę.

    DyMnO to zawsze trudna i ciekawa nawigacja, która dała nam w kość nie raz i nie dwa. Parę wyjaśnień. Końcówka przygotowań. Trzeba iść spać, bo jutro długi i ciężki dzień.

ETAP ROWEROWY

    Start z centrum miasteczka wczesnym porankiem. Na 10 minut przed startem dostajemy mapy. [Rozmiar: 123043 bajtów]Dwa duże arkusze A3 z dodatkowymi rozświetleniami punktów. Zakładamy zaliczyć wszystko (i skończyć cały rajd przed zmrokiem - hahahaha). Zaczynamy od północy zostawiając kajaki na sam koniec. Nie dajemy się nabrać na "skośny przebieg kierunków" na mapie i mkniemy asfaltem nad Bug. Po chwili zostajemy sami - to lubię! Dzień zapowiada się ciepło. Wjeżdżamy na nadburzańskie łąki. Piękna kraina! Latają bociany, świeci słoneczko, zielenią się trawy - nic tylko się położyć... Nienajgorszą drogą trafaimy celnie na punkt 21. W odwrocie mijamy IHaHa i Niezłą Korbę.

    Kolejna wioska, za nią las, parę dróg i będzie punkt 20. Nie ma? Dlaczego, może droga za wcześnie? Hmm, odwrót. A co to tam się "pomarańczowi" między drzewami? Szczęście nam sprzyja - dobrze, że nie ma podstępnych stowarzyszy.

    Na następny punkt tniemy podmokłą łąkę, trochę jedziemy, trochę niesiemy rowery. Grunt że wypadamy na właściwą dużą drogę. PK3 wchodzi z rozpędu. Jest super! Do czasu... PK 4 wydaje się prosty. Wszystko się zgadza, przeskakujemy na powiększenie. Jest skrzyżowanie. Dobra... trzeba znaleźć młodnik. Nie ma. Jedziemy dalej.. czy ma na pewno jesteśmy tam gdzie trzeba? A już wiem gdzie jesteśmy! Szukamy punktu, na darmo. Biegamy tak sobie w koło a czas mija. [Rozmiar: 134818 bajtów]Postanawiamy zawrócić po drodze spotykamy zespół, który w międzyczasie zdążył zerwać hak, naprawić rower i znaleźć PK. Jezu.... Znowu wchodzimy za wcześnie w las. Ponownie kilkanaście minut w plecy. Wracamy na skrzyżowanie. Spokojna analiza. Trzeba skręcić w przecinkę 100 metrów od krzyżówki. Jedziemy. Przecinka jak "byk". Punkt na miejscu. Czy my jesteśmy ślepi? Na punkcie spotykamy IHaHA oraz Kasię i Wojtka Wanat (późniejszych zwycięzców trasy pieszej).

    Dalej idzie ponownie po grudzie, ale na szczęście coraz mniejszym. Granica kultur odnaleziona z niemałym trudem po lekkim objeździe. Tracę trochę morale do walki. Tomek zauważa moje zniechęcenie. Robi mi się głupio i mobilizuję się. Przecież to dopiero początek, a gubią się pewnie wszyscy.

    PK12 na mostku wchodzi łatwo. Wcześniej tylko ucieczka przed psem. "Tomek dawaj szybciej, goni nas pies z mordą mordercy" - wołam. Na szczęście zabójca odpuścił.

    Pamiętając nasz błąd z Sopotu, postanawiamy wybrać drogę z możliwie największą ilością asfaltu. Pora więc na 6 - punkt z wodą na górce - easy. Jadąc na siódemkę widzę w oddali na skrzyżowaniu charakterystyczny buff. Lesiu!!! Biegnie na ten sam punkt co my. Krótka wymiana zdań (jest jeszcze przed swoją największą wtopą ;P) i jesteśmy na punkcie.

    PK11 opisany jest "bród na rzece Ugoszcz - od południa" - jesteśmy po północnej stronie rzeki... E tam, nie takie rzeki wpław żeśmy pokonywali. Bród rzeczywiście jest płytki (po pół uda), a dno twarde - no problem.

    Spokojny asfaltowy przelot, przejazd po kwiecistej łące, gdzie żółte mlecze na drodze ścielą się pod kołami roweru i pewne wejście na PK10 to cisza przed burzą - przed przez wielu przeklętym słynnym "trójkątem bermudzkim".

    PK 25 to pikuś, ale 23 już nie... Drogi stają się coraz mniejsze. Przed nami tablica "Rezerwat Czaplowizna". Wjeżdżamy ścieżką. Na zachód w stronę rzeczki. Ścieżka kluczy. Czy to właściwie jest ścieżka? To chyba jedna z często odkrywanych przez nas na rajdach "pseudodróg". No to na przełaj. Grząsko. Bajora. Kąpiel błotna na łydki to jest to. Po dłuższej przeprawie trafimy nad rzeczkę. Ha! Ale za to w wymarzonym miejscu. W oznaczonym na mapie brodzie. Za rzeczką ślady rowerów. Dajemy się im zwieść i niepotrzebnie za wcześnie odbijamy w las. Szukamy chwilę w złym miejscu. Wracamy więc nad rzeczkę, a po drodze.... Hohoho! Jest i lampion. Czas na odwrót. Wszystko więc raz jeszcze od tyłu: bród rzeki, bajora, pseudościeżki. Wypadamy na drogę. Chyba nawet w niezłym miejscu. Żegnamy się z "Rezerwatem Czaplowizna". Na drodze na 24 spotykamy zespół Orientop. Jacek wskazuje punkt na lewo od nas. Tu?! Miała być górka. Co prawda płaska, ale tu? Na bagnie. Ale nie może być inaczej. Jest około wpół do czwartej. Postanawiamy jednak zaliczyć OS rowerowy. Jedziemy na południe. Albo nie, lepiej odpuścić.[Rozmiar: 119387 bajtów] To tylko 60 minut, lepiej skoczyć na kajak, tym bardziej, że na OS-e można złapać jeszcze stowarzysza. Przelot na kajak dobrymi drogami odbył się bez historii.

ETAP KAJAKOWY

    To nie jest to "co tygryski lubią najbardziej". Pomimo, że zrobiliśmy duży postęp w tej dyscyplinie (czyt. nie kręcimy się w kółko), to daleko nam jeszcze do wielu zespołów. Siedzenia w kajakach nie powalają z nóg. Będzie kręgosłup bolał. Wskakujemy. Krótkie pytanie do sędziego kajkowego: "Można do punktów dobiegać pieszo?". "Jak dacie radę wysiąść z kajaka i się przedostać to nie ma problemu!" - odpowiada z dziwnym uśmiechem. No to siup! Płyniemy. Najpierw mała pętla. F-L-K - odległości niewielkie. Punkty w krzaczorach padają naszym łupem. "Popierdzieliło was?! - słyszymy z brzegu - woda zimna, wpadniecie, przeziębicie się! - to jeden z licznych wędkarzy".

    Kończymy małą pętlę. Przenoska kajaka. Znosi nas trochę do brzegu. Tu kolejna przyjazna dusza woła z brzegu" Nie możecie płynąć środkiem!!!??? Jak zaraz wsiądę na łódkę!!! Jak śmigę do was to będzie!!!". Nie podejmujemy dialogu...;) kolejna przenoska. Prąd w Bugu wartki. Organizator sam doradzał częste ciągnięcie kajaków. Ale czy aż tak częste?
[Rozmiar: 73555 bajtów] [Rozmiar: 76859 bajtów]

My ciągniemy kajak trawą aż do PKG, po drodze zaliczając R. W końcu kajak wodujemy. Opływamy wysepki zaliczając kolejne 3 punkty. Przebijamy się na drugą stronę rzeki. Tam porzucamy łódź. I biegniemy na PKB. Bajora, druty kolczaste - to chyba nie optymalny wariant... Zawsze myślałem, że elektroniczne pastuchy to tylko bajka. Jednak nie. Ale mocno nie kopie... Punkt B na drugim końcu stawu. Tomek żabką dostaje się na drugi brzeg. W zeszłym roku też pływaliśmy ;). Jeszcze A i wracamy na kajak.
[Rozmiar: 96527 bajtów]
Z prądem rzeki łatwiej. Zaliczamy resztę punktów. Jeszcze OS. Odpuszczać? 30 minut kary? Nie, płyniemy. Opłacało się.

    Na przepaku zakładamy rowerowe buty i już tylko kilka kilometrów asfaltem do bazy. Nie jest źle.
[Rozmiar: 114680 bajtów] [Rozmiar: 286496 bajtów]


ETAP PIESZY

    Już "tylko 30km" w naszej koronnej konkurencji. A nawet mniej bo wiemy, że całości nie zrobimy. [Rozmiar: 299683 bajtów]Trzeba będzie ciąć. W bazie żurek z jajkiem - pychota!!! Posilamy się. Przebieramy całkowicie. W bazie Leszek już po prysznicu. W międzyczasie wpadają Jacek z Michałem.

    Cztery nowe mapki. Chcę biec. A Tomek... ładuje w siebie dokładkę żurku... Wybiegamy. Prawie zonk. Pobiegłbym w druga stronę. Tomek jest czujny. Punkty wchodzą dość łatwo - jednak mapki do bno to jest to! B-A-D - mokre stopy. Co chwila zmieniamy warianty. Może od tej strony, może od tamtej, nie ma jednej opcji. Zapada noc. H-K-L-J - nie ma co pisać. Tempo dobre, psy nas nie gonią, wtopy nawigacyjnej nie ma - jednym słowem nuda;). Ale chwila, która godzina? Późno. Wpadamy na pomysł. Odpuszczamy cały klasyk. Ale czemu teraz...? A nie dwa punkty wcześniej... Robimy więc małe kółeczko. Po całym lesie biega mnóstwo osób w przeróżne strony. Na M bagienko. Dzwonię do Oli, żeby usłyszała jak pięknie żaby rechocą. Nie słyszy. Trudno, innym razem. Z G wydostajemy się na druga mapę BnO. Przejście z map łatwe, bo w miejscu naszego przeskoku mapy zahaczają się na 2 mm. Przeskok jest jednak elektryzujący. Dobra... wierzę już w elektryczne pastuchy... Ten był mocniejszy. Skok przez kanał i częśc druga.

    Z wyliczeń wydaje się, że zaliczymy wszystko. Punkciki wchodzą płynnie R-W-X-Y-T-U. Tomek twierdzi, że w nocy do końca nie kuma moich wariantów, ale skoro idzie dobrze... Na P ponowne spotkanie z IHaHa. Darek kieruje nas nad stawik, który jest parę metrów dalej niż zaczęliśmy poszukiwania. Dalej na O. Tu spotykamy Niezłą Korbę. "Cześć, kogo spotykamy?" - słyszymy z dołu skarpy - "Tu Niezła Korba" - mają 3/4 z trekingu.

    Przed nami zadanie specjalne. Nie cierpię map satelitarnych - o dziwo idzie dość łatwo i bezbłędnie. Ale byłoby za pięknie. Chcemy skrócić drogę na przełaj na S. Tego fragmentu nie ma na mapce. Szkoda. Olchowy, bagnisty las to coś, co z tego rajdu dobrze już znamy. Odwrót. Nie popełniamy błędu i nie pchamy się dalej - ale małe kółko było. Spokojnie do asfaltówki. Dwa ostatnie punkty z biegu (nie licząc minuty poszukiwań).

    Teraz musi się udać. Biegiem do mety.[Rozmiar: 70261 bajtów] Jest wpół do pierwszej. Zastanawiamy się czy na mecie będzie żurek. Widać szkołę. Kolejny rajd ukończony! Kolejny raz obyło się bez wiekszych kryzysów! Póki co jesteśmy na 3 miejscu w MM. Nie ma jeszcze chłopaków z Niezłej Korby, więc na pewno stracimy pudło. Za to jest żurek, są kanapki. Zajadamy się smakołykami.

Wszyscy wrócili już z trasy. Janek Kaseja gratuluje nam trzeciego miejsca. ??? Pogubili się trochę na koniec, troszkę mieli pecha idąc na klasyka oraz nie odnajdując dwóch punktów na bno, obok których byli. Nierealne stało się faktem. Tym razem to nie DyMnO pokonało nas. To my pokonaliśmy DyMnO.

    Leżąc na materacach na sali, drzemiąc już troszkę słyszymy jakieś oklaski z korytarza. "Ty, dekoracja jest!" - mówi Tomek. Czas na fanfary, gratulacje, puchary i dyplomy.

    Następnego dnia przeglądając wyniki spotyka mnie kolejne miłe zaskoczenie - pokonaliśmy zespół inov-8!!! Ładnie to wygląda - Maciek Więcek za nami;). Oby tak dalej!!!
[Rozmiar: 83116 bajtów]

Bartek Grabowski


    Na trasie biegowej Leszek zajął miejsce 14 a Jacek i Michał 79-80.



Navigatoria Adventure Race

Rajd Przygodowy
6-7. maja 2011
Sopot

    4 miejsce po 23 godzinach walki. Wkrótce obszerna relacja.
Bartek Grabowski


Harpagan 41

Pieszy Maraton na Orientację - 100km
15. kwietnia 2011
Lipnica

    Harpagan-mój pierwszy udział w rajdzie - dużo emocji, wyczekiwania i omawiania szczegółów wyjazdu z pozostałymi uczestnikami. Bartek miał zgodnie z naszymi prośbami zabrać namiot, śpiwory i linkę do holowania :D Początek był bardzo emocjonujący dla mnie, z dziwnym odczuciem, że idziemy jak wielka pielgrzymka, a wokół widać sznury przemieszczających się światełek. Kiedy Bartek skierował nas przez jakieś pola, i tutaj przepraszamy tego Pana, co mu trochę podeptaliśmy :), zrobiło się już luźniej i przyjemniej-bardziej rajdowo. Pierwsze 15 kilometrów było dla mnie super. Niezmęczone, wesołe, żartujące podążałyśmy z zapałem do kolejnych punktów. Potem robiło się coraz ciężej i ciężej. Do zdobycia piątego punktu jakoś szłyśmy, a potem przyszedł wieeelki kryzys. Zmęczenie, chłód i potworna chęć snu-dało się nam we znaki. Marzyłam, żeby zamknąć oczy chociaż na 10 minut :( Na punktach odpoczywaliśmy może na 5 minut i znowu w drogę. Kilka razy miałam jakieś zwidy w lesie. Wiedziałam, że nie mogę zawrócić sama bo w życiu nie trafię z powrotem, a w ciemnym lesie tym bardziej nie zostanę. I to była moja motywacja do marszu. Do mety dotarliśmy resztką sił o 9.08, pokonując 51 km w czasie 12h i 9 minut. Na mecie obiecałyśmy sobie, że to był ostatni raz!! Ale już następnego dnia myślałam o kolejnym starcie. Może dam radę niebawem :D Pewnie, że dałoby się lepiej, ale ja jestem zadowolona, że dałyśmy radę :) A Bartkowi dziękuję za dobrą nawigację, suche stopy no i za to, że w ogóle odważył się z nami wystartować :) Pozdrawiam.

Magda Maliszewska


Maraton Terenowy Blisko Otwocka

MTBO - 100 km
9. kwietnia 2011
Otwock Mlądz

     Miejsce 17 na równą setkę startujących.
Bartek Grabowski


[Rozmiar: 37540 bajtów] Rajd Przygodowy Katowice
miejski rajd przygodowy
2. kwietnia 2011
Katowice

     Miało być inaczej niż do tej pory. I tak było. Inny był skład, bo startowałem z moją Olą. [Rozmiar: 111576 bajtów]Inny był rajd, bo miejski. Inna było nastawienie, bo nie było napięcia na wynik... no prawie. Ola na starcie oświadczyła, że musi przegonić Irka Walugę z Teamu 360o i od początku ruszyła z kopyta. Ale po kolei.

    Jeden z pierwszych ciepłych wiosennych weekendów. W Katowicach meldujemy się przed ósmą. Troszkę zajmuje nam szukanie bazy. Około pół godziny przed startem dostajemy mapę z wykazem zadań specjalnych - trochę innych niż na zwykłym rajdzie. Jeszcze tylko pamiątkowe zdjęcie i poszli...

    Ola niczym sarenka gna do przodu. Kolejność zaliczania punktów dowolna, więc zawodnicy rozpierzchli się w różne strony. My na początek biegniemy do Punktu Informacji Turystycznej gdzie czeka nas pierwsze zadanie. Dostajemy 10 zdjęć różnych miejsc Katowic. Musimy napisać co to jest. Rozpoznajemy Spodek. Pozostałych 9 nie mamy pojęcia. Na szczęście można korzystać z folderów w biurze. Chwilę nam to zajmuje, ale rozpoznajemy wszystko (najtrudniejsze to zabytkowe osiedla górnicze Nikiszowiec i Giszowiec).

    Ruszamy żwawo dalej, do sklepu Fjord Nansen. Tam kolejny quiz: uszeregowanie szczytów wg wysokości. Co jest wyższe: K2 czy Kilimandżaro, Rysy czy Góra Kościuszki, Aconcagua czy Mont Blanc? Obnaża ten rajd naszą wiedzę.... Trochę musimy strzelać...

    W tym rejonie punkty rozmieszczone są bardzo ciasno, więc za chwilę jesteśmy w Jopi Hostelu gdzie odbywamy egzamin z gwary śląskiej: Aszymbecher, Załza, Cera, Kryka, Antryj, Familok, Drapko, Bajtel, Przepadzity, Nudle, Ja, Ciepać. No i kto to wszystko ma wiedzieć? Ja znam Nudle i Ja. Ola na szczęście większość.

    No to siup na następny punkcik - na ścianę wspinaczkową. Zadanie: utrzymanie się na pochylonym bulderingu przez 30 sek. Udaje mi się za drugim podejściem. Nie powiem, z niemałym trudem, alpinista to ja nie jestem.
[Rozmiar: 53253 bajtów] [Rozmiar: 109542 bajtów]
[Rozmiar: 81435 bajtów]

    Teraz tylko kawałek i jesteśmy na basenie. 10 długości nie jest problemem, a Oli daję dłuższą chwilę odpoczynku.
[Rozmiar: 64580 bajtów] [Rozmiar: 87786 bajtów]

    Od teraz odległości między punktami wydłużają się. Ponieważ Ola napiera bardzo szybko, w mig jesteśmy na siłowni. Na siłowni kolejka. Jesteśmy w niej trzeci. A za chwile za nami chyba kolejne cztery teamy. Tu organizator dał troszkę czadu. Zlecił przerzucenie 2 ton rękami. Ja wybieram 10kg. [Rozmiar: 113913 bajtów]Zaczynam. Pierwsze podniesienia - łatwizna, 20 razy mija szybciutko, 40 też. Przy 60 pierwszy odpoczynek. Potem zaczyna się gehenna. Ręce odpadają. Kombinuję jak wyciskać najmniejszym wysiłkiem. Przerwy robię coraz częściej. Przy 165 mam dość. Trudno, będzie kara kilku minut.

    Śmigamy na kolejne PK. Tam czaka na nas zadanie rowerowe. Jak w "Czar Par" u Ibisza jeżdżę z kubkiem pełnym wody na rowerze po polu. Udało się nie rozlać. Olę dopada głód. Odmawia jednak pysznego energetycznego batona na rzecz jakże "zwykłej" kanapki. Przechodzimy do marszu i tak już będzie do końca. Mijamy lotnisko sportowe i zielone tereny Katowic. Docieramy do Kempingu gdzie mamy sobie po prostu cyknąć zdjęcie.



[Rozmiar: 93106 bajtów] [Rozmiar: 163259 bajtów]
    Następny punkt to knajpa Dobra Karma. Mamy nadzieję, że coś podjemy. I podjedliśmy... ziemniaka, pomidora, imbir, cebulę, kolendrę, kardamon, karczocha. Mieliśmy odgadnąć co to jest, jaką jest częścią rośliny i z jakiego kontynentu pochodzi. Troszkę się czuliśmy jak dzieci w zerówce, gdy dziewczyny podpowiadały nam... k..., ka..., dodaje się do kawy..., trochę wstyd;). Karczocha nie odgadliśmy, ale wykupiłem się zjedzeniem jego kawałka i 3 punkty zaliczone.

[Rozmiar: 83291 bajtów] [Rozmiar: 98002 bajtów] [Rozmiar: 70545 bajtów] [Rozmiar: 60726 bajtów]     Zwiedzamy dalej Katowice, teraz ich starszą część. Docieramy do pamiątkowej tablicy na domu Jerzego Kukuczki. Tutaj mała obowiązkowa sesja. Kolejny cel to hipermarket TESCO. Zadanie jest następujące: wykonać zakupy na wagę, na kwotę dokładnie 2.50 PLN. Wybieramy wiórki kokosowe. Wyliczamy, że potrzebujemy dokładnie 188g. Niestety waga ma podziałkę co 5g i tym sposobem przepłacamy o całe 3 grosze, zdobywając parę minut kary.
[Rozmiar: 68409 bajtów] [Rozmiar: 103730 bajtów]
    Teraz już prosto do mety. Niezupełnie. Jeszcze jeden punkt... Na 30 piętrze wieżowca... No to hop. Wchodzimy. 1, 2, 3, 4...10, trochę się dłuży. Czekając na Olę podziwiam widoki. Na 30-tym czeka na nas chłopak, który odhacza naszą obecność. Gdy wydaje się, że schodzenie będzie przyjemnością, okazuje się, że przy każdym kroku Olę strasznie boli kolano. No to schodzimy powolutku, prawie na jednej nodze. Na szczęście do mety z wieżowca jest jakieś 100 metrów.
[Rozmiar: 69399 bajtów] [Rozmiar: 46791 bajtów] [Rozmiar: 84337 bajtów] [Rozmiar: 58419 bajtów]
    Na mecie zdajemy rachunek, okazujemy zdjęcia i po 4,5 godzinach rajdu możemy spokojnie czekać na wyniki. Ola jest niepocieszona. Okazało się, że nie wyprzedziła Irka Walugi, może gdyby nie kolano ;)... Niepocieszona jest też z innego powodu. twierdzi, że pozostał jej niedosyt braku "zciorania się". (!?) Cóż, już ja coś wymyślę na Harpaganie :). Na dekoracji okazuje się, że nasz wynik jest całkiem przyzwoity. Zajęliśmy 13 miejsce na 46 MIX-ów. Do Teamu 360o straciliśmy zaledwie 2h:40min.
[Rozmiar: 66728 bajtów]

Bartek Grabowski



Rajd Dolnego Sanu
Pieszy maraton na orientację
19. marca 2011
Ulanów
http://dolnysan.blog.onet.pl/



      Gdyby wyścig na 50 km odbywał się drużynowo to byśmy wygrali. Wyniki:

50 km PANOWIE
1. JAN LENCZOWSKI - 5:13
2. BARTŁOMIEJ GRABOWSKI - 5:19 Stryki-Byki
3. DAWID STUDENCKI - 5:21
4. TOMASZ GRABOWSKI - 5:32 Stryki-Byki
5. WOJCIECH WANAT - 5:46
6. LESZEK MALISZEWSKI - 6:07 Stryki-Byki


A teraz opisze jak Bartek zrobił mnie w bambuko i udawał że ma kryzys :P. A zaczął już ściemniać na przelocie po betonie około 22 km. Coś tam przebąkiwał o kryzysie i tak zostawał 10 m za mną. Za 4 punktem na 28 km zrobił skwaszoną minę i widząc goniącego Dawida z tyłu stwierdził, że od godziny ma kryzys i żebym jak mam siłę próbował walczyć, bo on będzie spowalniał. No to ruszyłem szczyt wyciągu i podbity punk z biegu. Tutaj doszedł mnie Dawid z którym się trzymałem około 3 km, aż postanowiłem ścinać i wykonywać swój wariant. W szedłem w las drogi się nie zgadzają i ja jako doświadczony w bojach nawigator* poszedłem na azymut przez las. Jest polana jest płot ale nie ma punktu. Straciłem około 10 minut a wystarczyło podejść 200 metrów dalej. Na punkcie spotykam Dawida i Janka. Kolejny moja autorska przebita przez las i jestem na przelocie na ostatni punkt na końcu polany widzę jeszcze czołową dwójkę i tajemniczą postać w czerni. Sił coraz mniej wszystko mnie boli i zdaje sobie sprawę że tempo które narzuciliśmy sobie na początku było dla mnie za mocne i teraz wszystko się mści. Nie znając swojej dokładnej pozycji chęci do biegu dodaje mi myśl że może jestem na pudle na trzeciej pozycji. I tak marszobiegiem docieram do mostu gdzie nagle widzę Bartka (to ta tajemnicza postać z przodu :). Krzyczę mu żeby się spiął bo Dawid pobiegł innym wariantem i że ma szanse go wyprzedzić. Jeszcze tylko odmawiam kieliszka wódki na który zapraszają mnie miejscowi i dobiegam do mety na 4 pozycji. Z czasu z przebiegu rajdu jestem bardzo zadowolony. Zawsze jednak kołacze w głowie myśl że pudło było blisko.

Ps. Ja chytry plan Bartka przejrzałem już od samego początku na odchodne rzuciłem mu że pewnie się zgubię i że będzie przede mną.

Ps2. Podziękowania dla "Hiubi" jak zwykle przygotował świetną imprezę, do zobaczenia za rok.

*z reguły Bartek nawiguje, ale mam silne postanowienie że teraz biorę mapę w swoje ręce.
Tomasz Grabowski


W piątek wieczorem otrzymaliśmy mapy, była więc czas aby dokładnie warianty zaplanować. Wybrałem wariant o około 1,5 km dłuższy, zaczynający się od punktu 7.
Zrobiłem to z trzech powodów:
- chciałem zaliczyć bagno w okolicach Przędzla na końcu, kiedy będzie mi wszystko jedno jak bardzo jestem mokry,
- bardziej pasowały mi od tej strony podejścia do ataku na punkty: 6, 2, 1,
- chciałem biec sam, aby sprawdzić sie biegowo i nawigacyjnie.

Start - Punkt 7, dystans 3 km, czas 0:23
Wystartowaliśmy z Rynku o 9-tej. Większość pobiegła na jedynkę, ale około 10-15 osób i pies pobiegło na jedynkę. Truchtałem sobie leniwie na 6 pozycji, ale koło ośrodków wypoczynkowych, trzech zawodników postanowiło obejrzeć Tanew i znalazłem się na drugiej pozycji (nie licząc psa). Na punkt dobiegłem drugi, bo gdzieś się Staszek Olbryś zapodział.

Punkt 6, dystans 12 km, czas 1:11, prognozowany czas na mecie 4:56
Zbiegając z punku stwierdziłem, że nad kolejnymi zawodnikami mam co najmniej 200metrów przewagi, więc trochę przyśpieszyłem aby zniknąć im z oczu, co mi się ostatecznie udało gdy przegapiłem punkt zbiegu z bagien do lasu (też bagiennego) i jakieś 100 metrów musiałem się wracać szukając przecinki prowadzącej na punkt. Od tego momentu biegłem już sam.

Punkt 5, dystans 19km, czas 2:04, prog. czas na mecie 5:26
Pobiegłem przez pola na azymut, kierując się na Kamionkę a następnie na Kol. Kamionkę. Biegło się fajnie, udał mi sie nawet Dobsony porwać. A było to tak - pola porastały takie wysokie sztywne trawy, więc zbiegając do rowu, który planowałem przeskoczyć, widząc takie pionowe metrowe pędy byłem pewny, że to one. Niestety będąc w locie nad strumieniem, jarzyny uświadomiły mi boleśnie, że nie muszą kłębić się po ziemi. Jednak kinematyka zrobiła swoje – nie jest łatwo zatrzymać 90 kg, więc znalazłem się drugim brzegu a jarzynom zostały na pamiątkę strzępy materiału i skóry.
W Kol. Kamionce, wybiegłem 500 metrów na zachód od planowanej trasy, czego nie byłem świadomy, więc atakowałem punkt od zachodu, a nie od północy jak miałem w planie. Strata ok. 0,5 km.

Punkt 4, dystans 22km, czas 2:27, prog. czas na mecie 5:34
Zbiegając stokiem narciarskim z 5, wiedziałem jak łatwy będzie to punkt dla biegnących z drugiej strony, których powoli zacząłem wypatrywać. Droga na punkt była łatwa, tylko doskwierał mi silny wiatr wiejący w oczy, tak że aby spojrzeć w mapę musiałem się odwracać. Na punkt wybiegłem razem z prowadzącym stawkę Janem Lenczowskim, który miał nade mną ok. 6km przewagi.

Punkt 3, dystans 30km, czas 3:32, prog. czas na mecie 5:53
Do Janka stratę miałem zbyt dużą, ale kolejnych zawodników, biegnących blisko siebie, mijałem dopiero ok. 2 km dalej w Kopkach (kolejno: Dawid Studencki, Tomek i Bartek Grabowscy), więc czułem jeszcze szansę na podium. Przebieg była bardzo długi i na tyle nudny, że urozmaiciłem go sobie skręcając w bagno, które musiałem torami obiegać.

Punkt 2, dystans 37km, czas 4:31, prog. czas na mecie 6:06
Na tym odcinku dałem ciała i to dwukrotnie. Najpierw pomimo, że miałem mapę od piątku nie zauważyłem mostku na Rudnej, do którego prowadziła droga pomiędzy przecinkami 117 a 116, a że byłam stosunkowo suchy, więc wybrałem dłuższą drogę przez most koło nadleśnictwa Rudnik. Tym sposobem straciłem ponad kilometr. A drugi raz, gdy przechodząc po gałęziach przez rzekę, wpadłem do niej przewracając się na bok, tak że byłem kompletnie przemoczony (na brzegu siedziało 2 osoby, które wyczyn mogą poświadczyć). Co ciekawe, najprawdopodobniej na tym samym przejściu wpadł do wody Janek Lenczowski rozbijając nos.

Punkt 1, dystans 42km, czas 5:12, prog. czas na mecie 6:11
Otrząsnąłem się z wody i pobiegłem szukać przesieki, prowadzącej na pkt 1. Minąłem linię wysokiego napięcia i wtedy jedyny raz zawiodła mnie mapa, gdyż w kwartale 75 była jeszcze jedna droga (równoległa do właściwej), która zamiast do upragnionej przesieki zaprowadziła mnie w bagno. Zimna woda jednak skutecznie orzeźwia (i leczy zbolałe nogi) więc szybko się odnalazłem.

Meta, dystans 50km, czas 6:07, (przeprawa przez bagna)
Na zakończenie pozostawiłem sobie przeprawę przez azymut przez bagna w okolicach Przędzla. Kto się przeprawiał, ten wie jak było. Myślę, że miałbym szansę w konkursie „kto wpadł najgłębiej”. Ja w pierwszym bajorze zanurzyłem się po pępek, a w drugim jakieś 20 cm wyżej (mam 190, więc Sabinie Giełzak przeprawy bym nie zalecał). Równie ciekawym doświadczeniem była próba biegu, tuż po wyjściu z wody po świeżo zaoranym gliniastym polu. Mimo tego, czas przeprawy miałem całkiem dobry, dobieg do mety od jedynki zajął mi 55 minut, gdy na trasie o 500 metrów krótszej (od startu do 1) i na świeżości Grabowskim zajęło to 45 min.

Na mecie czekali na mnie zadowoleni i wykąpani koledzy z zespołu Stryki-Byki, którzy zajęli 2 (Bartek) i 4 (Tomek) miejsce, więc wiedziałem, że nie jestem na podium. Szóste miejsce jest dobre, ale więcej satysfakcji daje mi dobry czas osiągnięty po samotnym biegu i przyzwoitej nawigacji. Wybrany przez mnie kierunek był dłuższy od trasy zwycięzców o około 1,5 km, błędy w nawigacji wydłużyły mi trasę o kolejny 1 km, a jeszcze jeden dołożył wybór dłuższego wariantu z 3 na 2. W sumie przebiegłem z 3,5 km więcej niż Bartek Grabowski, który jak wynika ze śladu GPS tego dnia idealnie nawigował.

21.03.2011
Leszek Maliszewski


Falino
BnO
5. marca 2011
Warszawa

     Kolejna edycja z cyklu krótkich biegowych zawodów na orientację.
Wyniki: Na trasie OPEN: Bartek - 2 miejsce, Magda - 11 miejsce, Leszek - 23 miejsce (na 40 startujących)
Na trasie OPEN R: Ola z Mają (i Agatką) zajęły 2-gie miejsce.

Bartek Grabowski


Skorpion
Pieszy maraton na orientację
26. lutego 2011
Krasnobród

     wkrótce będzie pare słów ;)


Zima na Pradze
BnO
12. lutego 2011
Warszawa

     Krótkie, 4 - kilometrowe Bno po Parku Skaryszewskim. Praktycznie bez błędu nawigacyjnego, za to na lekkim roztrenowaniu. W rezultacie 4-te miejsce na 17 osób z czasem 25,12. Chyba nieźle.

Bartek Grabowski


Ełcka Zmarzlina
Pieszy Maraton na Orientację
21-22. stycznia 2011
Ełk

     Sezon 2011 rozpoczęty. Zimowe ściganie rozpoczęliśmy na Mazurach od pieszej "Pięćdziesiątki".      Pierwszym pytaniem było: Czy zdążymy? Rajd zaczynał się o 20 w piątek. Biorąc pod uwagę, że w piątek pracowaliśmy, dotarcie na czas mogło stanowić problem. To na szczęście mimo pewnych osunięć czasowych się udało. Na miejscu byliśmy o 19.00 - czyli bezpośrednio na odprawę (na której to zresztą stroiliśmy się w nasze rajdowe ciuchy). [Rozmiar: 108871 bajtów]Przenieśliśmy się po niej nad jezioro w centrum miasta skąd odbywał się start.

     Krótka sesja zdjęciowa w wykonaniu mojego prywatnego fotografa (Ola i Ela były z nami) i mogliśmy startować. Pogoda nienajgorsza, lekki mrozek, bez wiatru - czego chcieć więcej w styczniu. No to start. Poszli!!! Ruszyliśmy biegiem zostawiając w tyle sporą grupkę piechurów.

     Pierwsze dwa punkty blisko w mieście nad jeziorem miały wyprowadzić nas do lasu. Na PK3 chwilkę już się pogłowiliśmy. Wybraliśmy drogę przecinką w lesie gdzie przekonaliśmy się, że łatwo nie będzie. Zapadający się [Rozmiar: 63592 bajtów]śnieg nie ułatwiał biegu. Przed samym punktem czekała nas jeszcze jedna niespodzianka. Ni stąd ni z owąd zapadłem się po uda w jakimś szambie (czyt. bagnie) - strasznie śmierdzące. Po wydostaniu się podbijamy punkt. I dopiero teraz miała zacząć się przygoda...

     Punkt czwarty - jak wskazywała mapa ukryty był między siecią kanalików. Wszystko idzie dobrze, wpadamy na tory większą grupką, dobiegamy do szlaku tu częściowo się rozdzielamy i przecinkami "mkniemy" wzdłuż kanałów. Nasze mknięcie to marsz w zmrożonym śniegu, który zapada się mniej więcej co drugi krok - i tak ze dwa kilometry. Mapa na szczęście zgadza się bezbłędnie. Tu właśnie utworzyła się nasza grupka, w której jak się potem okaże dobrniemy aż do mety. Przedstawmy ją: Tomek - znany wszystkim zacięty i ambitny zawodnik. Rafał - zawodnik z Ełku, który dał przykład temu, że nie strój biega tylko człowiek - ubrany w bynajmniej niebiegowe buty i kurtkę śmigał po śniegu i lodzie. Adam - maratończyk z Warszawy - dobry biegowo, za to nawigacyjnie... musiał się nas pilnować bo mógłby nie wrócić do domu :). I ja, który objąłem funkcje mapowego. Ale wróćmy do biegu. [Rozmiar: 56482 bajtów]Gdy już mieliśmy punkt na przysłowiowy rzut beretem standardowo skręciliśmy ciut za wcześnie... a tereny podmokłe... musieliśmy ścinać przez zimną jak diabli wodę po kolana. Przebiegaliśmy przez nią, bo dłuższe w niej zatrzymanie groziło "powykręcaniem nóg zimna" - jak to mówi moja Babcia. Szczęśliwie wypadliśmy prosto na punkt. No to pierwsze 10 km mamy za sobą.

     Ostrzeżeni przez organizatora wracamy tą samą drogą co by nie brnąć przez mokradła. Idzie dobrze. Chyba jesteśmy pierwsi. Wychodzimy z labiryntu kanałów. Tu przekonujemy się o kolejnej pogodowej niespodziance, czyli paskudnie śliskich, oblodzonych, leśnych drogach. Każdy z kilkakrotnie w czasie rajdu zmieniał orientację z pionowej na poziomą. Na piątkę biegniemy. Przez dłuższą chwilę z duszą na ramieniu czy czasem nie pobiegliśmy za daleko mijając skrzyżowanie do skrętu. Gdy wszystko wydaje się łatwe coś się przestaje zgadzać. Tu ratuje nas informacja z odprawy. "Na piątce będą wściekle ujadały psy". Rzeczywiście, strach by było, podejść gdybyśmy nie wiedzieli. Tu od obsługi dowiadujemy się, że prowadzimy. Mija 20km.

     Nic nie zapowiada tragedii... A jednak. Do tej pory mamy dobre tempo, dobrą nawigację i sporo szczęścia. W połowie drogi na stare cmentarzysko, które było szóstym PK coś niedobrego dzieje się z moim brzuchem. Zaczyna mnie skręcać, nie mogę biec, czuję, że zielenieję. Tym razem to nie odcięcie energii bo sporo jadłem. Może za dużo? Idziemy asfaltem gdzie powinniśmy biec. Ale nie mogę. Oho! Tomek też zaczyna narzekać. To chyba ten McDonald po drodze i hotdogi na Statoilu. Czy my jesteśmy normalni, że jedliśmy takie coś przed startem? Czy my biegniemy w rajdzie po raz pierwszy? Maskara... Na szczęście nasi współpartnerzy w grupie nie "odważyli" się uciec i czekają na nas. Kilkakrotnie mykamy na odosobnienie w krzaki. Nie pomaga. Jest tu jeszcze bardzo ciekawa opowieść o chusteczkach, ale ze względu na jej "drastyczność" i konsekwencje pozostawię do opowieści w gronie znajomych.

     Przed samą szóstką ze względu na nasze niedomagania przegania nas dwóch zawodników. Jesteśmy w najdalszym punkcie od bazy na 30 kilometrze. Teraz powinno być z górki... Na siódemkę przedzieramy się przez pola. Okazuje się, że to najlepsza droga gdyż pola są zmrożone i śnieg na nich przewiany, skutkiem czego ani się nie zapadamy ani nie ślizgamy - Bosko! dzięki niewielkiej pomyłce wypadamy lepiej niż chcieliśmy, prawie bezpośrednio na punkt. Super. Mnie już troszkę przeszło. Tomkowi za to nie. Podbijamy 7PK na sośnie na nasypie i wszystko wskazuje, że teraz już górki. Próbujemy podbiegać szosą (jak się "skupimy" :P to nawet się da). Wpadam na pomysł skrótu. Niby słusznie, bo po co obiegać. Mamy wypaść na szosę. Przez pola nie jest źle. Tylko dlaczego mijamy pierwszą szosę? Co mi się tam nie zgadzało. fakt jest taki, że zasugerowani światłami samochodu docieramy do szosy następnej. Cieszymy się, że "dobrze" wyszliśmy bo niby wszystko się zgadza. No to biegniemy. Coś długo... Gdzie ta miejscowość Regiel? Jest miejscowość, tablica... na niej napis...już z daleka wydaje się za długi...- Regiel..nica. Regielnica???!!! AAAAAAA!!!!!!! (dobra, gorzej powiedziałem;))Nadrobiliśmy ładnych kilka kilometrów i nieco ponad godzinę czasu. Trzeba się wracać. Z Tomkiem jest coraz gorzej. Zatrucie daje u niego znać o sobie na każdym kroku. U mnie tylko przy szybszym biegu.

     Na ósemkę docieramy [Rozmiar: 56610 bajtów]bez większych kłopotów nawigacyjnych, za to brnąc w zapadającym się śniegu i kilkakrotnie oglądając gwiazdy z pozycji horyzontalnej. Niestety wokół punktu kręci się już sporo osób. Nasz dobry wynik diabli wzięli. Teraz do mety. Pojawiają się Mrozy Wielkie a tam wyczekiwana bardziej niż zwykle meta. Jesteśmy na szóstej pozycji z czasem 9:34 tracąc 50 minut do zwycięzców. Co by było gdyby....Ale nie było. Nie ma co płakać nad rozlanym mlekiem. Już niedługo Skorpion i można się poprawić (albo pogubić w gęstwinie wąwozów). Organizator odwozi nas z mety do internatu. Kąpiel, parę godzin snu i już same przyjemności. Park wodny, spacer, pub, żarcie, medale.

     Na koniec dziękuje całej naszej grupce za wspólne napieranie, organizatorowi za bardzo udaną imprezę i do następnego wyścigu!

Bartek Grabowski


projekt i wykonanie strony Bartłomiej Grabowski
prowadzenie strony:
Bartłomiej Grabowski, Tomek Grabowski